A mimo to tamtego wieczoru i tak zaprosiłeś swoją matkę na kolację.
Chciał zaprotestować, coś wyjaśnić, znaleźć choćby jeden argument na swoją obronę, lecz słowa ugrzęzły mu w gardle. Wiedział, że mówi prawdę.
– Wiesz, dlaczego wtedy nie zrobiłam awantury? – zapytała nagle, a na jej ustach pojawił się cień ironicznego uśmiechu. – Kiedy oznajmiłeś mi, że mój urlop jednak się nie odbędzie?
Jarosław Kowalczyk przymknął powieki. Domyślał się odpowiedzi i właśnie to bolało najbardziej.
– Bo zrozumiałam coś bardzo prostego. Jeśli mężczyzna nie potrafi wybrać między żoną a matką, to żona powinna wybrać sama siebie. Bez krzyków, bez scen. Z klasą.
Sięgnęła po stary album ze zdjęciami, przez chwilę przekładała kartki, jakby żegnała się nie tylko z nim, ale i z dawną wersją siebie. Potem zamknęła go zdecydowanym ruchem.
– Żegnaj, Jarek.
Wyszła, nie oglądając się za siebie.
On został w przedpokoju, nieruchomy, jakby ktoś wyłączył w nim wszelki ruch.
W kuchni siedziała Elżbieta Królówna. Nie odważyła się wcześniej wyjść, łudząc się, że młodzi jakoś się dogadają.
– Synku… nie podsłuchiwałam… Co się stało? Wszystko w porządku? – zapytała niepewnie, z wyraźnym drżeniem w głosie.
– Nic się nie stało. Po prostu się pożegnaliśmy – odpowiedział cicho.
„Mąż wysłał matkę nad morze. Nie przypuszczał jednak, że wraz z nią odejdę i ja. I to na długo.”
Elżbieta zakryła twarz dłońmi.
– Boże… trzeba było wtedy nie jechać nad to przeklęte morze…
Minęło sześć miesięcy. Jarosław wyraźnie się zmienił – przycichł, zamknął w sobie, odstawił alkohol. W końcu dotarło do niego, że żadna ilość wódki nie zagłuszy pustki po kimś, kogo stracił przez własną ślepotę. Żył teraz skromnie, u boku matki. Praca, dom, wieczorne siedzenie przy oknie i wpatrywanie się w zachód słońca – tak wyglądała jego codzienność.
Tymczasem Agnieszka Pawlakówna, daleko stąd, budowała zupełnie inny świat. Z Piotrem Nowickim podróżowali w góry i nad ciepłe wybrzeża, próbowali nieznanych potraw, zapisali się na kurs tanga, a nawet rozważali adopcję psa.
– Czasem się zastanawiam… nie żałujesz? – spytał ją kiedyś Piotr, gdy siedzieli na tarasie z widokiem na wodę.
Uśmiechnęła się spokojnie.
– Nie. Ani trochę. Po raz pierwszy w życiu czuję, że zasługuję na miłość. Nie na obowiązek, nie na ustępstwa. Na prawdziwe uczucie.
Spacerowali później wzdłuż nabrzeża, trzymając się za ręce. Fale cicho rozbijały się o brzeg, a powietrze było ciepłe i lekkie. Czuła w sobie ten sam rodzaj spokoju co tamtego dnia, gdy jeden niefortunny bilet wakacyjny popchnął ją do przyjęcia dawnego zaproszenia – tego, które Piotr nosił w sercu od lat, czekając, aż będzie mogła powiedzieć „tak” nowemu życiu.
Okazja pojawiła się sama. A ona miała wreszcie odwagę z niej skorzystać.
