Michał zrobił się blady jak ściana.
— To… to oznacza długi wyrok?
— Nie wiem. Policjant mówił tylko, że stan ofiary jest bardzo ciężki.
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. W oczach Michała czaił się lęk — o brata, o matkę, o to, że wszystko znowu zaczyna się walić.
— Karolina — odezwał się cicho. — Muszę pojechać do mamy.
— Jedź.
— Nie masz nic przeciwko?
— To twój brat.
Spakował się w kilka minut. W progu zatrzymał się i odwrócił.
— Wrócę. Dziś albo jutro. Ale wrócę.
— Wiem.
Drzwi zamknęły się z cichym trzaskiem. Karolina została sama.
Usiadła przy stole, dopiła herbatę do dna, umyła kubek. Potem przeszła do sypialni i położyła się, wpatrując się długo w sufit.
Za oknem huczało miasto. Gdzieś w jego środku Michał jechał do matki, która po raz kolejny musiała zmierzyć się z wizją syna za kratkami. Gdzieś indziej Kacper siedział w policyjnej celi i być może wciąż nie pojmował, do czego doprowadził.
Karolina zastanawiała się, co przyniesie jutro. Czy Bożena znów pojawi się z prośbą o pieniądze. Czy ona odmówi. I co zrobi Michał.
Zasnęła dopiero nad ranem.
Obudził ją dźwięk telefonu. Michał.
— Jestem u mamy. Sytuacja jest fatalna. Kacprowi grozi nawet osiem lat. Ten pobity leży na OIOM-ie. Mama wpada w histerię. Nie wiem, co robić.
— A co można zrobić?
— Potrzeba pieniędzy. Dużo. Żeby dogadać się z rodziną poszkodowanego.
— Ile?
— Pięćset tysięcy. Minimum.
Zamilkła.
— Nie proszę cię — dodał szybko. — Mówię tylko, jak jest.
— Rozumiem.
— Wrócę wieczorem. Chyba.
— Czekam.
Połączenie się urwało.
Karolina wzięła prysznic, zaparzyła kawę i długo siedziała przy oknie. Pięćset tysięcy. Całe jej oszczędności. Do tego środki z kredytu i fundusz odkładany na remont.
Wyjęła telefon i otworzyła umowę pożyczki, którą kiedyś podpisał Kacper. Czarno na białym widniało: w razie braku spłaty odpowiada poręczyciel. A poręczycielem był Michał.
Jeśli Kacper trafi do więzienia, ciężar długu spadnie na Michała. On takich pieniędzy nie miał. A wtedy odpowiedzialność spadnie na nią. Albo zostawią zobowiązanie jak kamień u szyi.
Zadzwoniła do Natalii.
— Słuchaj, mam problem…
Opowiedziała wszystko. Natalia milczała.
— Tylko nie wchodź w to po raz kolejny — powiedziała w końcu. — To studnia bez dna. Dziś pięćset, jutro milion.
— Wiem.
— I co planujesz?
— Sama nie wiem. Michał nie prosił.
— I dobrze. Niech nie prosi.
— A jeśli poprosi?
— To odmów.
— Łatwo powiedzieć.
— Wyobraź sobie, że to obcy ludzie. Dałabyś pół miliona komuś z ulicy?
— Oczywiście, że nie.
— No właśnie.
Po rozmowie Karolina długo trzymała telefon w dłoni. Natalia miała rację. Obcym by nie dała. Ale Michał nie był obcy. Był jej mężem. Prawie byłym, prawie obecnym.
Wieczorem wrócił wyczerpany, rozdrażniony, milczący.
— Jak tam? — zapytała.
— Źle. Mama płacze bez przerwy. Kacper w areszcie. Ofiara nadal w szpitalu. Adwokat twierdzi, że bez ugody wyrok będzie bezwzględny.
— Co ustaliliście?
— Mama sprzedaje mieszkanie pod miastem. Szybko, za pół ceny. Dostanie około siedmiuset tysięcy. To pójdzie dla rodziny poszkodowanego. Na prawnika już nie starczy.
Karolina skinęła głową.
— A ty?
— Będę pomagał, jak potrafię.
— Finansowo?
— Nie mam z czego. Inaczej.
Usiadł ciężko przy stole.
— Rozumiem, jeśli nie chcesz się w to mieszać. To nie twoja sprawa.
— To twoja sprawa. A ty jesteś moim mężem.
Podniósł wzrok.
— Czyli?
— Mogę dać dwieście tysięcy. Na adwokata. Ale to pożyczka. Z umową. Na trzy lata.
Zaniemówił.
— Serio?
— Tak. I mam warunek. Po tym koniec. Nie rozwiązujesz już problemów Kacpra. Pomagasz mamie, ale nie ratujesz go przed konsekwencjami.
— Zgoda.
Następnego dnia podpisali dokument u prawnika. Dziesięć procent rocznie, trzyletni termin spłaty. Michał złożył podpis bez wahania. Karolina przelała środki.
— Nie wiesz, ile to dla mnie znaczy — powiedział, gdy wyszli.
— Wiem.
Objął ją na ulicy, bez skrępowania. Nie odsunęła się.
Tamtej nocy długo nie spała. Myślała o pieniądzach, o Kacprze, o nich. Może to próba. Może szansa, by stać się prawdziwą rodziną.
Albo pułapka.
Nie znała odpowiedzi.
Dwa miesiące minęły w napięciu. Żyli obok siebie spokojnie, niemal zwyczajnie. Michał nie naciskał. Był obecny. Co tydzień przelewał swoją część rachunków, bez przypominania. Pytał o jej dzień, proponował wspólne wyjścia.
Kacper przebywał w areszcie. Rozprawy odkładano. Bożena wydzwaniała codziennie. Po każdej rozmowie Michał siedział w ciszy, patrząc w pustkę.
Wreszcie nadszedł dzień wyroku.
— Pojadę — powiedział rano.
— Jedź.
— Może ty…
— Wspieram ciebie, nie jego.
Kiwnął głową.
O czternastej przyszła wiadomość: „Pięć lat”.
Karolina poczuła dziwną pustkę.
Wieczorem Michał wrócił zgaszony.
— Sąd nie miał litości — powiedział. — Ofiara została inwalidą. Pięć lat bez zawieszenia.
— Będziesz spłacał — przypomniała spokojnie.
— Będę.
Usiedli w ciszy.
— Wybaczyłaś mi? — zapytał nagle.
Zastanowiła się.
— Przestałam się złościć. To już coś.
— Poczekam.
W weekend pojechali do lasu. Spacerowali, śmiali się, pili herbatę z termosu. Michał zapytał, czy może ją pocałować. Pozwoliła. Delikatnie. Ostrożnie.
Wrócili do domu z poczuciem, że coś odmarza.
Kilka dni później zadzwoniła Bożena. Jej siostra dostała udaru.
— Muszę jechać — powiedział Michał. — Pojedziesz ze mną?
W jego głosie był strach.
— Dobrze. Ale tylko na chwilę.
W mieszkaniu Bożeny wybuchła awantura. Teściowa oskarżyła Karolinę o chciwość i brak serca. Karolina odpowiedziała twardo. Michał stanął po stronie żony.
— Wybieram ją — powiedział matce.
Bożena kazała im wyjść.
W samochodzie Michał przeprosił.
— Powinienem był dawno temu postawić granice.
— Lepiej późno niż wcale.
Kilka dni później przyszła wiadomość o śmierci ciotki.
Karolina pojechała na pogrzeb. W czerni, z kwiatami w ręku. Bożena nie wszczęła awantury. Po stypie podeszła do niej.
— Nie umiem przepraszać — powiedziała cicho. — Ale dziękuję, że przyszłaś.
— Rozumiem.
— Pilnuj Michała. Został mi tylko on.
— Będę.
To był ich rozejm.
W domu Michał powiedział:
— Chcę podpisać intercyzę. Żebyś miała spokój.
— Naprawdę?
— Tak. Nie chcę, żebyś kiedykolwiek myślała, że jestem z tobą dla pieniędzy.
Zgodziła się. Pod warunkiem pełnej rozdzielności majątkowej i jasnych zasad.
Wieczorem przygotował kolację. Dwie steki, dobre wino, świece.
— Od tego się zaczęło — uśmiechnął się.
— Pamiętam.
Jedli, rozmawiali, śmiali się.
— Jesteś szczęśliwa? — zapytał.
— W tej chwili tak.
— A ogólnie?
— Będziemy.
Przytulił ją.
— Dziękuję za drugą szansę.
— Wykorzystaj ją.
Noc była spokojna.
Rano obudził ich dzwonek do drzwi. Natarczywy, o ósmej.
Karolina podeszła i spojrzała przez wizjer.
Na klatce stała Bożena. Z walizką. Z zapuchniętymi oczami.
Karolina przymknęła powieki, wzięła głęboki oddech.
— Kto tam? — zawołał z sypialni Michał.
Nie odpowiedziała.
Przekręciła klucz w zamku.
I otworzyła drzwi.
