Przez pierwszy raz od wielu tygodni w mieszkaniu panował spokój. Żadnego dudniącego telewizora, żadnych wrzasków ani muzyki rozkręconej do granic wytrzymałości. Tylko jednostajne tykanie zegara na ścianie, jakby ktoś wreszcie przywrócił właściwy rytm temu miejscu.
Karolina przeszła do kuchni. Otworzyła lodówkę – półki świeciły pustką. W łazience było jeszcze gorzej: mokre ręczniki rzucone na podłogę, w umywalce zaschnięta piana po goleniu Kacpra, lustro zachlapane.
Wzięła ścierkę i zaczęła sprzątać.
Powoli. Bez nerwów. Systematycznie.
Myła, szorowała, wyrzucała to, co zalegało od tygodni. Pod wieczór mieszkanie wyglądało zupełnie inaczej – czyste, przewietrzone, jakby odetchnęło razem z nią. Z kąta łazienki wyciągnęła stary, sprany szlafrok i bez wahania wrzuciła go do worka na śmieci. Zmieniła pościel, otworzyła szeroko okna.
Spod łóżka wyjęła pudełko, w którym wcześniej ukryła zapasy. Ser, butelka wina, tabliczka czekolady – jej mały sekret.
Przygotowała kolację. Prawdziwą. Dla siebie.
Nakryła stół, zapaliła świece, włączyła cicho muzykę. Usiadła z kieliszkiem wina i po raz pierwszy od dawna poczuła coś na kształt ulgi.
Wtedy rozległ się dzwonek do drzwi.
Zastygła.
Po chwili sygnał zabrzmiał ponownie – dłuższy, natarczywy.
Podeszła do drzwi i spojrzała przez wizjer.
Na klatce stał Michał. Sam. Obok niego leżała walizka.
Nacisnął dzwonek jeszcze raz.
— Karolina, otwórz. Chcę porozmawiać.
Nie ruszyła klamki.
Stała w przedpokoju i patrzyła na jego zniekształconą w wizjerze twarz. Wyglądał na zmęczonego, rozdrażnionego, zagubionego. Walizkę postawił byle jak, jakby nie miał siły jej trzymać.
Zadzwonił znowu. Potem zapukał.
— Wiem, że jesteś w domu. Słyszę muzykę. Proszę, naprawdę musimy porozmawiać.
Milczała.
Oparł czoło o drzwi.
— Nie mam dokąd pójść. Mama z Kacprem wyjechali do ciotki pod miasto. Powiedzieli, żebym się nie pokazywał, dopóki nie zmądrzeję. Tylko że ja nie wiem, co to znaczy.
Przed chwilą była spokojna. Miała swoje świece, kolację, ciszę. Teraz stał tam i znów groził jej utratą tej kruchej równowagi.
— Karolina… proszę.
Otworzyła.
Podniósł głowę. Oczy miał zaczerwienione, pod nimi ciemne cienie. Nieogolony, w pogniecionej koszuli wysuniętej z dżinsów.
— Wejdź — powiedziała krótko, odsuwając się.
Wniósł walizkę i zatrzymał się w przedpokoju.
— Jak tu czysto.
— Posprzątałam.
— Ładnie pachnie.
— Jem kolację.
Spojrzał w stronę salonu. Na stole paliły się świece, leżał ser, kieliszek wina, czekolada. Jeden komplet sztućców.
— Sama jesz?
— Tak.
Chwilę milczał.
— Na dworcu zjadłem z nimi zapiekankę. Czekaliśmy trzy godziny na pociąg. Potem wsiedli, a ja zostałem. Mama powiedziała: „Wybrałeś ją, to teraz z nią żyj”. Kacper nawet się nie pożegnał.
Karolina usiadła do stołu, upiła łyk wina.
— Jesteś głodny?
Wszedł i usiadł naprzeciwko.
— Tak.
Nie wstała.
— W kuchni jest chleb. Zrób sobie kanapkę.
Drgnął, ale się powstrzymał.
— Przyszedłem się pogodzić.
— Z czym dokładnie?
Westchnął ciężko.
— Ze wszystkim. Nie powinienem przywozić mamy bez pytania. Powinienem cię bronić. Nie powinienem pozwalać, żeby…
— Żeby wyjadali moje jedzenie, nosili moje rzeczy, puszczali muzykę w środku nocy i pluli na podłogę? To miałeś na myśli?
— Tak.
— Zrozumiałeś to dopiero wtedy, kiedy oni sami cię nie chcieli?
Podniósł wzrok.
— To nie oni mnie wyrzucili. Ty wyrzuciłaś.
— Ich. Ty wyszedłeś z nimi.
Zamilkł. W Karolinie nie było już gniewu, raczej zmęczenie.
— Czekałam miesiąc — powiedziała spokojnie. — Czekałam, aż choć raz staniesz po mojej stronie. Kiedy twoja mama przestawiła moje garnki, liczyłam, że powiesz: „Mamo, Karolina tak lubi”. Kiedy Kacper rozbił mój kubek, czekałam na przeprosiny. Kiedy wyjedli wszystko z lodówki, miałam nadzieję, że zaproponujesz, że się złożymy. Nic.
— Myślałem, że zrozumiesz. To rodzina.
— Ja też jestem twoją rodziną. Ale dla ciebie byłam tylko dodatkiem do mieszkania.
Milczał.
— Wiesz, co zrozumiałam? — odstawiła kieliszek. — Że jeśli sama o siebie nie zadbam, nikt tego nie zrobi. I że mój mąż prędzej mnie zdradzi milczeniem, niż sprzeciwi się matce.
— Nie zdradzałem cię.
— Każdego dnia. Milczeniem.
Zakrył twarz dłońmi.
— Jestem zmęczony. Rozrywaniem się między wami.
— Nie trzeba się rozrywać. Trzeba było wybrać. Wybrałeś ich. Teraz wróciłeś, bo nie było dla ciebie miejsca.
— Jesteś okrutna.
— Jestem uczciwa.
Podszedł bliżej, jakby chciał ją objąć, ale cofnęła się.
— Czego chcesz? — zapytała.
— Wrócić. Żeby było jak dawniej.
— Dawniej już nie będzie.
— Mogę to naprawić.
— Jak?
— Zerwałem z mamą. Powiedziałem jej, że przesadziła. Że nie miała prawa tak się zachowywać.
— I?
— Nazwała mnie pantoflarzem i kazała nie dzwonić.
Karolina uśmiechnęła się krzywo.
— A Kacper?
— On uważa, że to wszystko bez sensu.
Spojrzał na nią błagalnie.
— Daj mi jedną szansę.
Przez chwilę patrzyła na niego bez słowa.
— Dobrze.
Rozjaśnił się.
— Naprawdę?
— Ale na moich warunkach.
Skinął głową.
— Po pierwsze: od dziś płacisz połowę rachunków i połowę zakupów.
— Zgoda.
— Po drugie: jeśli twoja matka albo brat pojawią się tu bez mojej zgody, wychodzisz razem z nimi.
— Dobrze.
— Po trzecie: nie ma już wspólnego „nasze”. To, co kupuję ja, jest moje. To, co kupujesz ty, jest twoje. Chcesz czegoś ode mnie — pytasz.
Skrzywił się.
— To brzmi…
— Uczciwie.
Przytaknął.
— I jeszcze jedno. Śpisz w salonie. Dopóki nie pokażesz, że można ci ufać.
Otworzył usta, ale je zamknął.
— W porządku.
— I jeśli choć raz mnie okłamiesz albo nie dotrzymasz słowa — składam pozew o rozwód. Bez ostrzeżeń.
Patrzył jej w oczy. Nie było w nich wahania.
— Zgoda.
— W takim razie zrób sobie kanapkę. A mnie nalej wina.
Posłusznie poszedł do kuchni.
Następnego ranka obudził ją zapach kawy. Wyszła do kuchni. Michał stał przy kuchence, smażył jajecznicę. Na stole leżał paragon.
— Byłem w sklepie. To moja połowa — powiedział.
Przelał jej pieniądze za wczorajszą kolację.
— I za stek też — dodał.
Usiedli naprzeciwko siebie.
— Kochasz mnie jeszcze? — zapytał nagle.
— Nie wiem — odpowiedziała szczerze. — Na razie uczę się lubić samą siebie.
Nie naciskał.
Wieczorem zadzwonił telefon. Wiadomość od Bożeny.
„Zabrałaś mi syna. Jeszcze pożałujesz.”
Karolina zrobiła zrzut ekranu i wysłała Michałowi.
Wyszedł z łazienki z telefonem w ręku.
— Nie odpowiadaj jej. Ja zadzwonię.
Rozmawiał długo. Słyszała tylko urywki: „Mamo, przestań… To moja żona… Nie wrócę…”
Gdy odłożył słuchawkę, był blady.
— Groziła sądem. Za coś, czego nawet nie ma.
— Niech grozi.
Kilka dni później spacerowali nad rzeką. Było chłodno. Objął ją lekko, nie odsunęła się, ale nie przytuliła.
— Chcę, żeby było dobrze — powiedział.
— Ja też.
— Co nam przeszkadza?
— Twoja nieumiejętność wyboru.
Zamilkł.
Tamtego wieczoru jedli kolację przy świecach. Dwa steki skwierczały chwilę wcześniej na patelni. Michał starał się nie wchodzić jej w słowo, słuchał uważnie.
Gdy wznosili kieliszki, rozległ się dzwonek do drzwi.
Spojrzeli po sobie.
Michał poszedł otworzyć.
Karolina usłyszała podniesiony, histeryczny głos.
— Michał, synku, wybacz! Ja bez ciebie nie dam rady! Kacper jest na komisariacie!
Karolina zamknęła oczy. Powoli odłożyła widelec.
Michał stał w drzwiach jak wmurowany.
— Co się stało? — zapytał ochryple.
— Pobił się! Chłopak w szpitalu! Trzeba płacić, inaczej będzie sprawa!
Bożena wpadła do środka bez zaproszenia. W starym płaszczu, z reklamówką w ręku.
— Sto tysięcy — wyszeptała dramatycznie. — Tyle trzeba.
— Nie dam — powiedziała spokojnie Karolina, wstając od stołu.
Cisza przecięła pokój.
— Jak to nie dasz?! — wrzasnęła Bożena.
— Nie jestem odpowiedzialna za dorosłego mężczyznę, który wszczyna bójki.
— To rodzina!
— Dla pani nigdy nią nie byłam.
Bożena zwróciła się do syna:
— Pozwolisz jej skazać brata?
Michał długo milczał.
— Karolina nie ma obowiązku płacić — powiedział w końcu cicho.
Twarz Bożeny stężała.
— Niewdzięcznik.
Chwyciła nóż ze stołu.
— A jeśli zrobię sobie krzywdę? Też nic was to nie obchodzi?
Karolina nie drgnęła.
— Proszę odłożyć nóż. To nic nie zmieni.
Ręka Bożeny zadrżała. Po chwili opuściła ostrze i usiadła ciężko na krześle, rozpłakując się już bez teatralności.
— Nie wiem, co robić…
Michał objął ją.
Karolina czuła w sobie jednocześnie współczucie i mur zmęczenia.
— Zawieź ją — powiedziała spokojnie. — Teraz i tak nic nie załatwicie. Jutro pomyślimy.
Bożena wstała, rzuciła Karolinie pełne jadu spojrzenie.
— I tak cię nie zaakceptuję.
— Nie musi pani.
Drzwi zamknęły się za nimi.
Karolina wróciła do stołu. Stek wystygł, wino zwietrzało. Zjadła w milczeniu.
Chwilę później zadzwoniła Natalia.
— Co tam?
— Była. Kacper na komisariacie. Sto tysięcy.
— I co?
— Michał pojechał z nią. Powiedział, że nie muszę płacić.
— To coś nowego.
Karolina patrzyła na płomień świecy.
— Zobaczymy, co zrobi jutro — powiedziała cicho.
