…nie wracałam do tego myślami, całkowicie pochłonięta obowiązkami.
Tuż przed południem zadzwonił telefon wewnętrzny stojący na moim biurku. Recepcjonistka oznajmiła pogodnym tonem:
— Pani Gabrielo, czy mogłaby pani zejść na dół? Czeka kurier i twierdzi, że przesyłkę musi przekazać osobiście.
Westchnęłam, przekonana, że chodzi o jakieś dokumenty od kontrahenta wymagające podpisu. Zjechałam windą na parter i skierowałam się do holu.
A tam zamiast kuriera stał… Mariusz Czarnecki.
Najwyraźniej zapamiętał nazwę naszej firmy, bo wspomniałam o niej mimochodem podczas kolacji. Wyglądał nienagannie: elegancka marynarka, świeżo ogolona twarz, włosy idealnie ułożone. Jedynie wyraz oczu zdradzał mieszankę skruchy i determinacji, jakby przyszedł złożyć oficjalne wyjaśnienia. W dłoniach trzymał ogromny bukiet kwiatów oraz gustowną torbę prezentową.
— Bank zablokował mi konto! — wyrzucił z siebie na dzień dobry. — Wcześniej próbowałem kupić coś na podejrzanej chińskiej stronie i system uznał transakcję za ryzykowną!
Wcisnął mi w ramiona kwiaty tak okazałe, że ledwo je objęłam. Nie wytrzymałam — wybuchnęłam śmiechem na środku recepcji.
— Gabriela, dziękuję ci za wczoraj — powiedział już spokojniej, z prawdziwym uśmiechem. — Za to, że nie zrobiłaś ze mnie pośmiewiska i nie zostawiłaś mnie samego z tą kompromitacją.
W torbie znalazłam eleganckie eklery z renomowanej cukierni oraz voucher do spa. Kwota na bonie zdecydowanie przewyższała koszt naszej kolacji.
— To na regenerację nerwów, które prawie wykończyłem przy terminalu — mrugnął porozumiewawczo.
Od tamtej sceny minęły dwa miesiące. Regularnie spotykamy się na kawę, a ja ani razu nie pożałowałam, że wtedy nie przyjęłam pozy „dumnej królowej”, tylko zwyczajnie zapłaciłam rachunek. Czasem wystarczy nie pogłębiać czyjejś niezręczności w chwili największej słabości, by w zamian otrzymać autentyczną wdzięczność, szacunek i troskę — taką, która nie jest na pokaz, lecz płynie prosto z serca.
