Portale randkowe po czterdziestce przypominają loterię, w której zamiast wygranej trafiasz na samozwańczego geniusza mieszkającego z matką albo świeżo upieczonego filozofa, zaczynającego znajomość od litanii o okropnej byłej żonie. Mając czterdzieści siedem lat, zdążyłam wykształcić solidną odporność na męskie bajki. Na spotkania chodziłam już bardziej z przyzwyczajenia niż z nadziei — jak na kolejne rozmowy kwalifikacyjne, bez większych złudzeń.
Z Mariuszem Czarneckim jednak od początku coś było inaczej. Najpierw wdaliśmy się w żywą wymianę zdań pod jednym z miejskich postów, potem przenieśliśmy rozmowę do prywatnych wiadomości i tak przegadaliśmy trzy dni bez przerwy. Miał pięćdziesiąt lat, od dawna był po rozwodzie. Zero tanich aluzji, żadnego narzekania na los. W piątek zaproponował kolację.
Wybrał miejsce z klasą. Takie, gdzie muzyka tylko subtelnie sączy się w tle, kelnerzy poruszają się niemal bezszelestnie, a ciepłe, miękkie światło łagodnie wygładza rysy po całym tygodniu pracy. Czekał przy wejściu z eleganckim, nienarzucającym się bukietem. Perfekcyjnie ubrany, pachnący dobrymi perfumami, z autentycznym uśmiechem.
Przy stoliku spędziliśmy niemal cztery godziny — i były to godziny zachwycające. Śmialiśmy się do łez, wracając wspomnieniami do studenckich czasów. Okazał się znakomitym gawędziarzem, obdarzonym rzadką umiejętnością śmiania się z samego siebie.
Słuchałam jego ciepłego barytonu i w myślach odhaczać kolejne punkty: inteligentny, taktowny, hojny, z dystansem do świata.

Aż w końcu kelner przyniósł rachunek. I bajka zaczęła tracić blask.
Wciąż rozbawiony moją ostatnią uwagą, Mariusz Czarnecki wyciągnął z portfela elegancką czarną kartę i przyłożył ją do terminala.
Rozległ się przeciągły, nieprzyjemny sygnał.
Kelner — młody chłopak o twarzy przypominającej potomka brytyjskiej arystokracji — zerknął na wyświetlacz i lodowatym tonem oznajmił: «
