Wyjęłam z portfela swoją kartę, delikatnie odsunęłam dłoń Mariusza Czarneckiego od terminala i sama przyłożyłam plastik do czytnika. Urządzenie zapiszczało pogodnie, jakby cała sytuacja wcale go nie dotyczyła, po czym wysunęło paragon.
— Gabriela, co ty wyprawiasz?! Nie trzeba! Zadzwonię do syna, przeleje mi pieniądze w minutę! — na jego twarzy pojawiły się czerwone plamy, a głos lekko mu zadrżał.
— Mariusz, spokojnie. Oddychaj — odpowiedziałam łagodnie, starając się nie dolewać oliwy do ognia. — Jeśli będziemy czekać, aż aplikacja raczy się uruchomić, każą nam tu odpracować rachunek przy zmywaku. A uprzedzam, wczoraj byłam na manicure i nie zamierzam go poświęcać.
Spróbował się uśmiechnąć, lecz wyszedł z tego raczej grymas niż żart.
— Strasznie mi wstyd… Nawet nie chcę myśleć, jak to teraz wygląda w twoich oczach. To okropnie upokarzające.
Schowałam potwierdzenie płatności do torebki i zaczęłam zbierać swoje rzeczy.
— Tydzień temu mój bank zrobił mi identyczny numer przy kasie w supermarkecie — rzuciłam lekkim tonem. — Za mną stała kolejka dziesięciu pań z wózkami wypchanymi po brzegi. Sprzęt bywa zawodny. Dziś ja stawiam, a ty zrewanżujesz się kawą i czymś słodkim w przyszły weekend. Umowa stoi?
Wyszliśmy na chłodne powietrze. Odprowadził mnie do taksówki, przez całą drogę milczący i przygaszony. Nerwowo bawił się guzikiem płaszcza i przeprosił chyba z pięć razy, zanim samochód ruszył.
W domu zmyłam makijaż i westchnęłam z nutą filozoficznej rezygnacji. Cóż, bajka najpewniej dobiegła końca. Męska duma przypomina cienkie szkło — wystarczy jedno stuknięcie terminala i rozsypuje się na kawałki. Wyobrażałam sobie, że właśnie przeżywa katusze wstydu, a jutro dla świętego spokoju zablokuje mój numer i zniknie z mojego życia. Szkoda, bo naprawdę był wartościowym mężczyzną.
W myślach pożegnałam się z nim i poszłam spać.
We wtorek rano w biurze wszystko toczyło się zwykłym rytmem: raporty, arkusze kalkulacyjne, pogawędki z dziewczynami o kapryśnej pogodzie. O wczorajszym spotkaniu nawet nie wspomniałam nikomu.
