— Niewystarczające środki.
Uśmiech zniknął z twarzy Mariusza Czarneckiego w jednej chwili, jakby ktoś starł go jednym ruchem dłoni.
— To niemożliwe, musi być jakaś pomyłka — mruknął pod nosem.
Wyjął telefon i spróbował zapłacić przez aplikację bankową. Terminal ponownie zapiszczał tym samym, bezlitosnym tonem. Jakby specjalnie chciał podkreślić porażkę.
Mariusz zastygł. Z sekundy na sekundę tracił rezon. Zbladł, a potem zaczął nerwowo stukać w ekran smartfona, próbując uruchomić bankowość mobilną. Restauracyjne Wi‑Fi działało jednak jak na złość fatalnie. Kółko ładowania kręciło się bez końca, a aplikacja zawiesiła się dokładnie wtedy, gdy była najbardziej potrzebna.
W mojej głowie natychmiast zapaliła się czerwona lampka.
Klasyczny scenariusz. Uroczy dżentelmen okazuje się sprytnym naciągaczem. Za chwilę usłyszę, że portfel został w domu albo że była żona zablokowała mu konto.
Przygotowałam się na najgorsze.
Ale kiedy uniosłam wzrok i naprawdę mu się przyjrzałam, zobaczyłam coś zupełnie innego. Jeszcze kilka minut temu emanował spokojem i pewnością siebie. Teraz wyglądał jak uczeń wywołany do odpowiedzi, który nagle zapomniał alfabetu. Na czole pojawiły się krople potu. Przeszukiwał kieszenie marynarki z taką desperacją, jakby liczył, że odnajdzie w nich awaryjną fortunę.
Dla mężczyzny wychowanego w dawnym stylu niemożność zapłacenia za kolację na pierwszym spotkaniu to nie drobna wpadka. To cios w dumę, niemal publiczne upokorzenie.
Kelner wciąż stał obok, a jego mina mówiła jasno, co sądzi o klientach, którzy zamawiają bez sprawdzenia salda.
— Gabriela… przysięgam, nie mam pojęcia, co się dzieje. Wczoraj wpłynęła mi premia, całkiem pokaźna suma — spojrzał na mnie z tak bezbronnym zagubieniem, że moje podejrzenia stopniały jak śnieg w kwietniu. On naprawdę nie rozumiał sytuacji i palił się ze wstydu.
Gdybym miała dwadzieścia lat, pewnie przewróciłabym oczami i zrobiła scenę. Ale mam czterdzieści siedem i dobrze wiem, jak bezlitosna potrafi być technika.
Bez słowa sięgnęłam do torebki.
