…i zamachnęła się szeroko, celując w twarz Katarzyny ciężką, rozpędzoną dłonią.
Dariusz Marciniak jęknął cicho i przywarł plecami do futryny, jakby chciał wtopić się w ścianę. Nie zrobił absolutnie nic, by powstrzymać matkę — nawet nie drgnął, gdy jej ręka przecięła powietrze.
Dla Katarzyny świat nagle zwolnił. Dostrzegała każdy szczegół: wykrzywione gniewem usta Krystyny Królówny, napięte ścięgna na jej szyi, rozpędzoną rękę sunącą wprost na jej policzek. A jednak w środku panował spokój. Zero paniki. Tylko chłodna, krystaliczna koncentracja.
Od kilku miesięcy Katarzyna wcale nie zostawała po godzinach ani nie przesiadywała z koleżankami, jak tłumaczył to Dariusz. Trzy razy w tygodniu pakowała sportową torbę i jechała na drugi kraniec miasta do sali treningowej. W powietrzu unosił się zapach gumowych mat, potu i środka dezynfekcyjnego. Instruktor z krzywo zrośniętym nosem nie uznawał taryfy ulgowej — ćwiczyli do granic wytrzymałości, aż mięśnie paliły żywym ogniem.
— Kiedy ktoś cię atakuje, nie analizuj — powtarzał jego zachrypnięty głos, który teraz wyraźnie zabrzmiał w jej pamięci. — Ciało ma reagować samo. Zejdź z linii ciosu. Siła nie polega na tym, by oddać i zniszczyć przeciwnika. Prawdziwa siła to unik i wykorzystanie impetu napastnika przeciwko niemu.
Katarzyna nie uniosła rąk w obronnym geście. Zamiast tego wykonała krótki, płynny skręt tułowia w prawo — niemal niedostrzegalny ruch, wyćwiczony setkami powtórzeń.
Krystyna Królówna włożyła w uderzenie całą swoją masę i złość. Nie napotkała jednak żadnego oporu. Jej dłoń świsnęła w pustce. Pozbawiona punktu podparcia kobieta zachwiała się i, pchana własnym rozpędem, minęła synową. Bezładnie zamachała rękami, próbując odzyskać równowagę, lecz było za późno — z głuchym łomotem uderzyła barkiem w róg wysokiej kuchennej szafki.
Płyta zatrzeszczała. Z jej ust wyrwał się zduszony okrzyk. Zgięła się wpół i ciężko osunęła na linoleum, kurczowo obejmując obolałe ramię i łapczywie chwytając powietrze.
W kuchni zapadła przejmująca cisza. Słychać było jedynie jej świszczący oddech oraz miarowe tykanie zegara wiszącego nad lodówką.
Dariusz stał jak sparaliżowany, z ustami otwartymi w niemym osłupieniu. W jego oczach czaił się czysty, pierwotny strach. Nie był w stanie wydobyć z siebie ani słowa.
