Filip Chmielewski rozłożył przed nią dokumenty, przesunął w jej stronę laptop i bez zbędnych wstępów przeszedł do sedna. Mówił cicho, rzeczowo, jak ktoś, kto nie potrzebuje efektownych pauz, by podkreślić wagę sprawy.
Obraz, który wyłaniał się z zestawień, nie był może przestępczy, ale zdecydowanie niepokojący. Przez lata podpisywano umowy z dostawcami bez realnej konkurencji — raczej z przyzwyczajenia niż z kalkulacji. „Sprawdzeni partnerzy” oznaczali w praktyce zawyżone stawki, niekorzystne zapisy i notoryczne opóźnienia w realizacji zamówień. Zakład tracił pieniądze nie dlatego, że musiał, lecz dlatego, że nikomu nie chciało się naruszać utrwalonego układu.
Mirosław Kaczmarek usprawiedliwiał to lojalnością wobec wieloletnich kontrahentów, a Waldemar Marciniak nie zagłębiał się w szczegóły — miał na głowie inne kwestie. Tymczasem straty rosły. W zestawieniu z ostatnich dwóch lat widniały kwoty, które każdego rozsądnego ekonomistę przyprawiłyby o ból żołądka.
— To nie jest sprawa dla prokuratury — podsumował Filip. — Raczej lata bylejakości.
— A z bylejakością trzeba skończyć — odparła Katarzyna spokojnie. — Przeanalizujemy każdą umowę osobno.
— Kaczmarek będzie stawiał opór.
— Liczę się z tym. — Zamknęła teczkę. — Proszę przygotować pełny raport dla centrali. Z liczbami, wykresami i konkretnym planem naprawczym. Zawiozę go osobiście.
Gdy Filip zbierał papiery, zatrzymał się jeszcze w drzwiach.
— Katarzyno Górskiówno, dziś rano Kaczmarek odwiedzał kierowników wydziałów. Rozmawiał z każdym z osobna. Dwóch odwołało zaplanowane na środę spotkanie z panią.
Skinęła głową. Schemat był czytelny. Najpierw odizolować nową dyrektor, potem zasugerować, że załoga stoi po innej stronie.
— W takim razie zmieniamy termin. Piątek. I zapraszamy wszystkich naraz na wspólne zebranie.
Do siedziby holdingu pojechała następnego dnia. Kazimierz Pawłowski przyjął ją bez zwłoki. Przeglądał raport uważnie, nie spiesząc się z oceną. Po chwili odłożył dokumenty i spojrzał przez okno na pochmurne niebo nad miastem.
— Kaczmarek pracuje tam od lat — odezwał się w końcu. — Ma swoje relacje, swoje przyzwyczajenia.
— I właśnie dlatego od trzech lat koszty operacyjne przewyższają zyski — odpowiedziała Katarzyna. — Nie kwestionuję jego charakteru. Kwestionuję system, który stworzył.
Prezes milczał jeszcze przez moment.
— Jakie widzi pani rozwiązanie?
— Stopniowy przegląd wszystkich kontraktów. Otwarte postępowania przetargowe. I nowy zastępca do spraw produkcji — ktoś, kto będzie rozliczany z efektów, nie z utrzymania dawnych układów.
— Ma pani kandydata?
— Filipa Chmielewskiego. Jest finansistą, ale doskonale rozumie realia produkcji.
Kazimierz Pawłowski zastanowił się, po czym skinął głową.
— Proszę działać. Zarząd udzieli pani pełnego wsparcia.
W piątek pojawiła się Elżbieta Nowakowskiówna.
Katarzyna dowiedziała się o tym od Tadeusza Laskowskiego z ochrony. Zadzwonił z portierni, informując, że przy bramkach stoi kobieta, która domaga się rozmowy z dyrektorem — w sprawie osobistej.
Nie kazała jej czekać. Sama zeszła na dół.
Teściowa stała przy wejściu w eleganckim płaszczu, z zaciśniętymi ustami i miną, z którą zwykle ruszała do ataku. Jednak gdy zobaczyła Katarzynę wychodzącą z budynku administracji — w formalnym stroju, z identyfikatorem dyrektora przypiętym do marynarki — w jej spojrzeniu coś się zmieniło. Ledwie zauważalnie, ale jednak.
— Dzień dobry, Elżbieto — powiedziała Katarzyna rzeczowo.
— To prawda? — padło bez wstępu. — Ty tu rządzisz?
— Tak.
Starsza kobieta przyglądała jej się dłuższą chwilę, jakby przeliczała w myślach dawne słowa.
— Marcin wie?
— Marcin pracuje w dziale planowania. Oczywiście, że wie.
Elżbieta Nowakowskiówna poruszyła ustami, jakby chciała coś dodać, lecz ostatecznie tylko westchnęła.
— Chciałam porozmawiać — powiedziała ciszej niż zwykle. Już bez ostrości.
— Porozmawiamy. W poniedziałek. Proszę umówić się przez sekretariat.
Odwróciła się i wróciła do środka, nie oglądając się za siebie.
Wieczorem siedziała w swojej niewielkiej kawalerce przy ulicy Południowej. Na biurku stał laptop, obok notatnik z rozpisanym planem na najbliższe tygodnie i kubek herbaty, z którego unosiła się para. Z zewnątrz dobiegał gwar miasta — gdzieś pod blokiem ktoś śmiał się beztrosko, jakby świat nie znał pojęcia odpowiedzialności.
Jeszcze trzy tygodnie temu stała w obcym mieszkaniu z torbą w ręku, wysłuchując podniesionych głosów. Teraz miała własny gabinet, wsparcie dwóch kompetentnych ludzi i przed sobą zadanie, które było trudne, ale jej. Po raz pierwszy od dawna czuła, że nie gra roli — że naprawdę jest na swoim miejscu.
Czekały ją przetargi, rozmowy z dostawcami, zapewne otwarty sprzeciw Kaczmarka i wiele nieprzewidzianych problemów. To wszystko wymagało determinacji i chłodnej kalkulacji.
Zamknęła notatnik, wyłączyła komputer i położyła się spać przed północą — pierwszy raz od bardzo dawna.
Nazajutrz znów miała wrócić do zakładu. Pracy było więcej, niż mogła objąć jednym spojrzeniem.
