Formalne objęcie stanowiska miało nastąpić za tydzień.
Marcin Sikora dowiedział się o wszystkim jeszcze tego samego popołudnia. Ktoś z administracji nie wytrzymał i zadzwonił do niego — zakład nie był duży, a wiadomości krążyły szybciej niż służbowe maile. Po chwili na ekranie telefonu Katarzyny pojawiła się krótka wiadomość: „To prawda?”
Odpisała jednym słowem: „Tak.”
Długo nie reagował. W końcu wyświetliło się kolejne zdanie: „Mama będzie wstrząśnięta.”
Katarzyna uśmiechnęła się pod nosem i odłożyła telefon. Elżbieta Nowakowskiówna już była wstrząśnięta — tyle że jeszcze o tym nie wiedziała.
Wyszła z budynku i zamiast wsiadać do samochodu, skierowała się pieszo w stronę nabrzeża. Tego samego, którym spacerowali z Marcinem w pierwszym roku małżeństwa, kiedy przyszłość wydawała się szeroka i jasna, a teściowa nie zdążyła jeszcze odsłonić swojego prawdziwego oblicza. Rzeka płynęła spokojnie, stalowoszara pod ciężkim niebem. Za mostem przeciągle zadźwięczał tramwaj.
Nie myślała ani o Marcinie, ani o jego matce. W jej głowie powracała twarz mężczyzny z sali konferencyjnej — Artura Kwiatkowskiego. Tak się przedstawił. W jego spojrzeniu było coś, co nie dawało jej spokoju. Zbyt drobiazgowo wypytywał o sprawy personalne. Zbyt precyzyjnie dopytywał, kogo zamierza zostawić, a z kim się rozstać.
Zakład to nie tylko zestawienia w arkuszach kalkulacyjnych. To ludzie, przepływy pieniędzy, sieć zależności i zobowiązań. I najwyraźniej komuś zależało na tym, by nowa dyrektor nie zorientowała się zbyt szybko, jak wygląda prawdziwy układ sił.
Za siedem dni przekroczy bramę nie jako ekonomistka.
I coś na nią tam czeka — była tego pewna. Czuła to wyraźnie, jak zmianę powietrza tuż przed burzą.
Poniedziałkowy poranek przywitał ją chłodem i czystym niebem. Na portierni siedział Tadeusz Laskowski — siwiejący strażnik, który przez trzy lata widywał ją niemal codziennie. Spojrzał na nią teraz inaczej niż zwykle, z wyraźnym niedowierzaniem.
— Pani Katarzyno… czyli to już oficjalnie?
— Oficjalnie — potwierdziła.
Odchrząknął, poprawił rejestr wejść i z pewną uroczystością nacisnął przycisk zwalniający bramkę. Ten gest był jednocześnie zabawny i wzruszający.
Dziedziniec o ósmej rano tętnił rutyną: wózek widłowy przewoził palety z blachą, przy palarni obok drugiej hali stało kilku pracowników, a z wnętrza zakładu dobiegał jednostajny szum maszyn. Katarzyna szła pewnym krokiem, czując na sobie spojrzenia — zdziwione, badające, miejscami otwarcie sceptyczne. Kobieta. Trzydzieści dwa lata. Dyrektor.
Rejestrowała to wszystko, ale nie zwalniała.
Gabinet, który teraz należał do niej, był przestronny, choć zatrzymał się w czasie: masywne biurko pamiętające lata dziewięćdziesiąte, przeszklona szafa wypełniona segregatorami, na ścianie oficjalny portret prezydenta. Waldemar Marciniak, jej poprzednik, pozostawił trzy kartony dokumentów i krótką notatkę: „Powodzenia. Przyda się.”
Przeczytała ją bez emocji, schowała do szuflady i poprosiła Krystynę Stępieńównę — sekretarkę o przenikliwym spojrzeniu i twarzy osoby, której niewiele może zaskoczyć — o kompletną listę kadry kierowniczej.
Krystyna przyniosła teczkę niemal natychmiast. Gdy Katarzyna przeglądała nazwiska i stanowiska, sekretarka obserwowała ją dyskretnie, z zawodową uważnością. Tak patrzą ludzie doświadczeni: długo, bez komentarza, wyciągając własne wnioski.
Pierwszy zjawił się Mirosław Kaczmarek, zastępca do spraw produkcji. Mężczyzna dobrze po sześćdziesiątce, ciężkiej postury, z nawykiem trzymania rąk w kieszeniach i mówienia odrobinę wolniej, niż wymagała sytuacja — jakby każde słowo miało podkreślać jego znaczenie.
— Pani Katarzyno — zaczął, siadając bez zaproszenia — cieszę się z nominacji. Ale musi pani wiedzieć, że ten zakład rządzi się swoimi prawami. Potrzeba tu kogoś z praktyką produkcyjną.
— Pan taką praktykę posiada, panie Mirosławie — odparła spokojnie. — Dlatego pozostaje pan na stanowisku. Na razie.
Wypowiedziała to cicho, lecz wystarczająco wyraźnie. Zrozumiał aluzję. Lekko zesztywniał, po czym wyszedł z uprzejmym, lecz chłodnym wyrazem twarzy. To spojrzenie mówiło jedno: jeszcze zobaczymy.
O wpół do dziesiątej w drzwiach stanął Marcin. Wsunął się do środka niby przypadkiem, choć w tym miejscu przypadki zdarzały się rzadko.
Nie widzieli się tydzień. Wyglądał jak zawsze — schludny, odrobinę zagubiony, z charakterystycznym dołeczkiem w brodzie, który kiedyś wydawał jej się uroczy.
— Mam ci pogratulować? — zapytał.
— Jeśli czujesz taką potrzebę.
Zamilkł, potarł kark gestem, który znała na pamięć.
— Mama dzwoniła wczoraj. Nie wie, że tu jesteś. Nie powiedziałem jej.
— Dowie się — odpowiedziała spokojnie. — To tylko kwestia czasu.
Skinął głową i wyszedł. Po prostu. Pięć lat wspólnego życia zamknęło się w krótkim kiwnięciu i cichym trzasku drzwi. Patrzyła za nim bez bólu. Raczej z ulgą — jakby wreszcie odstawiła ciężar, który zbyt długo niosła.
Prawdziwe starcie miało jednak nadejść później.
Tuż po czternastej na teren zakładu wjechał czarny SUV. Artur Kwiatkowski wysiadł w towarzystwie młodego mężczyzny z teczką pod pachą. Przedstawił się jako reprezentant interesów holdingu w sprawach operacyjnych i poprosił o pół godziny rozmowy.
Katarzyna spojrzała na zegarek.
— Ma pan dwadzieścia minut — oznajmiła i poprosiła Krystynę Stępieńównę o kawę.
