Artur Kwiatkowski usiadł swobodnie, jak ktoś, kto zna to miejsce aż za dobrze. Przesunął wzrokiem po gabinecie, zatrzymując go na szafach z dokumentami i oknie wychodzącym na halę. Ten zbyt pewny gest nie umknął uwadze Katarzyny.
— Pani dyrektor — zaczął tonem uprzejmym, lecz wyraźnie kontrolowanym — zależy nam, aby okres zmian przebiegł bez wstrząsów. Zakład od lat współpracuje z określonymi dostawcami. To sprawdzone układy, stabilne relacje.
— W takim razie proszę przekazać pełną dokumentację. Zapoznam się z nią — odpowiedziała spokojnie.
— Oczywiście. Chciałem jedynie podkreślić, że to partnerstwa budowane latami. Ich naruszanie mogłoby wywołać niepotrzebne komplikacje.
— O tym zdecydują liczby — odparła. — Jeśli warunki są korzystne dla zakładu, nie ma powodu niczego zmieniać. Jeśli nie — będziemy renegocjować albo zakończymy współpracę.
Zapadła cisza. Artur przyglądał jej się tak, jak podczas ich pierwszego spotkania — jakby analizował równanie, którego wynik wciąż pozostawał niepewny.
— Jest pani bezpośrednia — stwierdził w końcu. Nie było jasne, czy to pochwała, czy ostrzeżenie.
— To oszczędza czas — odparła.
Wyszedł po kilku minutach. Towarzyszący mu młody mężczyzna niemal potknął się o próg, próbując dotrzymać mu kroku. Katarzyna podeszła do okna i obserwowała, jak czarny SUV opuszcza teren zakładu i skręca w lewo, znikając za bramą.
Sięgnęła po notes.
„Mirosław Kaczmarek. Artur Kwiatkowski. Umowy. Sprawdzić wszystko od 2022 roku” — zapisała starannie.
Pod koniec dnia do gabinetu zajrzała Krystyna Stępieńówna. Oficjalnie przyszła po filiżanki, lecz zatrzymała się przy drzwiach dłużej, niż wymagała tego etykieta.
— Pani Katarzyno… mogę słowo?
— Słucham.
Sekretarka zawahała się na moment, jakby rozważała, czy nie przekracza niewidzialnej granicy.
— Po spotkaniu z panią pan Kaczmarek do kogoś zadzwonił. Zamknął się u siebie. Nigdy tego nie robi.
Katarzyna uniosła wzrok. Krystyna wytrzymała spojrzenie bez nerwowości.
— Dziękuję — powiedziała tylko.
Drzwi zamknęły się cicho.
A więc pierwszy sygnał wsparcia pojawił się szybciej, niż się spodziewała. To był dobry omen.
Zmrok zapadał powoli. Hala produkcyjna milkła, maszyny wytracały rytm, pracownicy opuszczali teren zakładu. Katarzyna siedziała przy biurku, które jeszcze niedawno należało do Waldemara Marciniaka. Teraz było jej. Myślała o „sprawdzonych partnerach”, o których wspominał Artur. O relacjach tak troskliwie osłanianych ogólnikami. Intuicja podpowiadała jej, że za tą fasadą kryje się historia znacznie mniej elegancka.
Potrzebowała kogoś, kto przeanalizuje ją bez emocji — szybko i dokładnie. Zanim druga strona zdąży się przygotować.
Taka osoba znalazła się trzeciego dnia.
Filip Chmielewski — analityk finansowy, z którym niegdyś uczestniczyła w kilku naradach. Cichy, niepozorny, zawsze z ołówkiem wsuniętym za ucho. Podczas zebrań spuszczał wzrok, co Marciniak uważał za brak szacunku. Katarzyna wiedziała jednak, że to nie była nieśmiałość. Filip po prostu myślał. Intensywnie i skutecznie.
Poprosiła go do siebie po porannej odprawie.
Wszedł bez pośpiechu, usiadł, teczkę oparł o kolana. Przez chwilę patrzył w blat biurka, potem podniósł oczy.
— Chodzi o umowy, prawda?
Uniósł lekko brew.
— Skąd taki wniosek? — zapytała.
— Gdyby sprawa dotyczyła czegoś innego, wezwałaby pani Kaczmarka. A jest tu panien… to znaczy ja.
Bez komentarza podała mu zestawienie dostawców z ostatnich czterech lat. Przejrzał pierwszą stronę, potem kolejną. W jego spojrzeniu pojawiło się skupienie kogoś, kto od dawna czekał na zielone światło.
— Pełną analizę przygotuję w tydzień — powiedział rzeczowo.
— Ma pan trzy dni.
Skinął głową. Bez dyskusji. Bez wymówek. Wyszedł tak samo cicho, jak wszedł.
Patrzyła za nim chwilę. Cisi ludzie często okazują się najbardziej lojalni — pomyślała.
Piątego dnia zadzwonił Marcin Sikora.
Katarzyna była wtedy na hali produkcyjnej. Szła wzdłuż linii montażowej z kierownikiem zmiany, słuchała, notowała w pamięci drobne uwagi pracowników. Telefon zawibrował w kieszeni płaszcza. Odrzuciła połączenie. Po minucie zadzwonił ponownie.
Wyszła na korytarz.
— Co się stało?
— Mama już wie — powiedział bez wstępów. Brzmiał, jakby przeszedł przez wichurę.
— To było do przewidzenia.
— Kasia… ona źle się czuje. Ciśnienie jej skoczyło.
Na moment zamknęła oczy. U Elżbiety Nowakowskiej ciśnienie zawsze rosło w strategicznych momentach — gdy trzeba było coś zablokować albo skierować uwagę w inną stronę. Był to mechanizm dopracowany latami. Marcin wierzył w niego za każdym razem.
— Marcinie, jestem dyrektorem zakładu, nie lekarzem. Jeśli naprawdę jest źle, wezwij pogotowie.
Zapadła cisza.
— Zmieniłaś się — powiedział w końcu.
— Nie — odpowiedziała spokojnie. — Przestałam udawać.
Rozłączyła się i wróciła na halę, jakby rozmowa w ogóle się nie wydarzyła.
Filip Chmielewski przyniósł gotowe materiały po dwóch i pół dniach — wcześniej, niż wymagał ustalony termin.
