W niedzielny poranek, pod czujnym spojrzeniem Ireny Pawlakówny, która nagle znalazła sobie zajęcie w postaci wycierania poręczy na klatce schodowej, ostentacyjnie wniosłam do mieszkania torby z logo ekskluzywnego delikatesu i sklepu cukierniczego.
— A co to, Agnieszko Pawłowskiówno, znowu jakieś przyjęcie? — zapytała z przekąsem, mrużąc oczy.
— Skądże — odparłam z uprzejmym uśmiechem. — Dostałam premię, więc świętujemy. Kupiłam piękną wołową polędwicę, zrobię roladę z grzybami w specjalnej marynacie. No i tort z mascarpone, podobno rozpływa się w ustach.
Patrzyłam, jak w jej głowie trybiki zaczynają pracować, wytyczając najkrótszą drogę do naszego lodówki.
Po południu razem z Karolem Sokołowskim oznajmiliśmy głośno, że wybieramy się do kina na podwójny seans. W rzeczywistości schroniliśmy się u znajomej w sąsiedniej klatce. Zanim wyszliśmy, dopilnowałam „ostatnich detali”. Do sosu do rolady wkropiłam kilka kropel ekstraktu z Carolina Reaper — jednego z najostrzejszych pieprzów świata. Z kolei do apetycznie wyglądającego tortu, przy pomocy strzykawki, wprowadziłam solidną porcję mocnego, lecz nieszkodliwego środka przeczyszczającego.
Siedząc u przyjaciółki, wpatrywaliśmy się w ekran telefonu. Kamera zamontowana w przedpokoju ożyła po niespełna godzinie.
Na nagraniu Irena Pawlakówna bez cienia wahania otworzyła nasze drzwi swoim kluczem. Prosto z korytarza skierowała się do kuchni, zajrzała do lodówki i aż zastygła z zachwytu. Odkroiła sobie pokaźny plaster rolady i, nie zawracając sobie głowy talerzem, natychmiast wsunęła go do ust.
Minęły może trzy sekundy.
Jej twarz najpierw spurpurowiała, potem przybrała kolor ciemnego wina. Złapała się za gardło, zaczęła nerwowo krążyć po kuchni. Porwała dzbanek z wodą i opróżniła go jednym haustem, lecz tłusty, piekielnie ostry sos nie dawał się tak łatwo ugasić.
Wtedy jej wzrok padł na tort. Najwyraźniej uznała, że chłodny krem przyniesie ulgę. Chwyciła łyżkę i zaczęła łapczywie wpychać do ust kolejne kęsy deseru.
