Od dawna byłam przekonana, że bezczelność człowieka przypomina gaz. Nie widać jej ani nie da się jej uchwycić, lecz błyskawicznie wypełnia każdą wolną przestrzeń, aż w końcu wystarczy iskra, by wszystko eksplodowało. Jego ostatnie zdanie okazało się właśnie tą iskrą — pozew rozwodowy złożyłam jeszcze tego samego popołudnia. Ale zacznijmy od początku.
Mój wciąż jeszcze mąż, Dariusz Laskowski, był chodzącą antologią złotych myśli. Zawodowo — młodszy specjalista od spraw zupełnie nieistotnych, prywatnie — patrycjusz w wyobraźni, sunący przez mieszkanie tak, jakby planował podpalić Kartaginę. Ja natomiast ceniłam ciszę, ład i moje trzypokojowe mieszkanie, kupione pięć lat przed poznaniem tego „filozofa”.
Pęknięcia w naszym małżeństwie zamieniły się w rysy, gdy w progu stanęła jego matka, Barbara Witkowskiówna, z potężną walizką i klatką, w której nerwowo trzepotała skrzydłami papuga.
— Rodzina to jednolity fundament, na którym wznosi się wieża męskiego autorytetu! — obwieścił uroczyście Dariusz, witając matkę w moim przedpokoju. — Mama zamieszka z nami. Potrzebuje opieki i… poszerzenia horyzontów!
— Joanno Królówno — westchnęła teatralnie teściowa, składając dłonie na piersi tak, że zadźwięczały bransoletki. — W tym domu nie krąży energia korzenia. Przywiozłam własną moc twórczą, by napełnić waszą pustą przestrzeń istnienia. Zapuszczimy tu nowe, rodowe korzenie!

Oparłam się o framugę, splatając ręce.
— Barbaro Witkowskiówno, fizyka mówi jasno: jeśli do pełnego naczynia spróbuje się wcisnąć cudze korzenie, woda wyleje się na podłogę. A mój laminat kosztował trzy tysiące złotych za metr. Korzenie proponuję trzymać w doniczkach.
Oburzona westchnęła i próbowała z rozmachem przerzucić ogromny szal przez ramię, lecz frędzle zaplątały się w klamkę. Szarpała się chwilę, uwięziona we własnej tkaninie niczym ćma w pajęczynie.
— Proszę ostrożnie z aurą, mamo — rzuciłam słodko, uwalniając ją z pułapki.
Tak rozpoczął się mój pierwszy dzień koszmaru. Barbara Witkowskiówna natychmiast przystąpiła do „harmonizowania przestrzeni”: moją zabytkową lampę przeniosła do toalety, twierdząc, że tam znajduje się strefa odpływu pieniędzy, a kolejne zmiany wprowadziła z równie niezachwianą pewnością, że ratuje nasz dom przed energetyczną katastrofą.
