Minął tydzień.
Najwyraźniej zawiadomienie o wszczęciu sprawy rozwodowej dotarło do Michała, bo jeszcze tego samego wieczoru pojawił się pod blokiem matki Zuzanny. Nie przyszedł sam — towarzyszyła mu jego rodzicielka. Czekali przy wejściu, jakby specjalnie ustawili się tam po jej powrocie z pracy, gotowi urządzić kolejne przedstawienie.
— No powiedz mi, jak możesz ją w tym utwierdzać? — zaczęła podniesionym, drżącym głosem teściowa, gdy tylko Zuzanna z mamą zbliżyły się do klatki. — Patrzysz spokojnie, jak młodzi przez chwilowy kaprys niszczą małżeństwo?!
Michał siedział obok na ławce i jedynie potakiwał, spuszczając wzrok. Wyglądał bardziej na ucznia czekającego na wskazówki niż na dorosłego mężczyznę.
— Jakie małżeństwo? — odparła spokojnie mama Zuzanny, choć w jej głosie pobrzmiewało zmęczenie. — Ono już właściwie nie istnieje. A wkrótce przestanie istnieć także formalnie. A ty, moja niemal była swatowo, najpierw pozwól synowi dorosnąć, a dopiero potem szukaj mu kolejnej żony.
Po tych słowach wpuściła córkę do środka i z rozmachem zatrzasnęła drzwi tuż przed ich twarzami.
Wieczorem, gdy siedziały już przy kuchennym stole z kubkami herbaty, mama westchnęła ciężko.
— Wiesz, Zuzanno, ja to przeczuwałam od początku. Kiedy was poznawaliśmy. Dopóki jego matki nie było w pobliżu, Michał zachowywał się rozsądnie. Ale gdy tylko się pojawiała, przestawał mieć własne zdanie. Ty zadawałaś pytanie jemu, a odpowiadała ona.
Mama upiła łyk naparu i pokręciła głową.
— Jedno jej „nie wypada” i natychmiast zmieniał stanowisko, choć chwilę wcześniej mówił coś zupełnie innego. Dobrze, gdy syn liczy się z matką. Gorzej, gdy matka zaczyna nim sterować. Ta jej „próba charakteru” tylko wszystko zniszczyła.
Po chwili dodała łagodniej:
— Moja teściowa była zupełnie inna. Zawsze stała po stronie rodziny. Pamiętasz, jak opowiadałam, że kiedy twój tata zaczął zadawać się z podejrzanym towarzystwem, przegoniła go przez pół wsi kijem? Wstydził się potem tak bardzo, że odechciało mu się i złych kolegów, i picia.
Zuzanna uśmiechnęła się blado.
— A ja przez swoją teściową nie wytrzymałam nawet trzech lat w małżeństwie.
— Czasem coś musi się skończyć, żeby mogło zacząć się coś lepszego — powiedziała cicho matka. — Jeszcze będziesz szczęśliwa. A pamiętaj jedno: zawsze masz dokąd wrócić.
— Wiem, mamo. Teraz już naprawdę to rozumiem — odpowiedziała z wdzięcznością i dolała do filiżanek pachnącej, gorącej herbaty.
