Dziś jednak nie było już miejsca na chowanie się po kątach ani na udawanie, że burza przejdzie bokiem.
Minęło dwadzieścia minut — rozpłynęły się cicho, jak kostki lodu wrzucone do letniej wódki. Nikt nie ruszył się z miejsca. Co więcej, biesiada jakby nabrała nowej energii. Tadeusz Pawłowski, czerwony na twarzy i zlany potem, szarpał struny starej gitary, w której brakowało jednej struny, próbując wydobyć z niej cokolwiek przypominającego melodię. Joanna Michalakówna śmiała się zbyt głośno, odchylona do tyłu, z nogą nonszalancko założoną na nogę, zupełnie nie przejmując się tym, że wszyscy widzą jej poskręcane żyły.
Maksymilian Długosz nigdzie nie pojechał. Przywarł do krzesła obok matki, jakby chciał w nie wrosnąć. Garbił się, wpatrzony w talerz, i z uporem rozdrabniał widelcem zaschnięty plaster ogórka. Podjął decyzję — a raczej zdecydował się nie decydować. Liczył, że sprawa sama się rozmyje, że napięcie opadnie jak siniak, który z czasem blednie. Grażyna Czerwińskiówna, dostrzegłszy, że synowa wciąż siedzi w fotelu, uśmiechnęła się z wyraźną satysfakcją i uniosła kieliszek.
— No i bardzo dobrze! — zawołała ochryple. — Wyszumiałа się i przeszło. Z kobietami tak bywa: rano burza, wieczorem słońce. Maks, nalej żonie, nie siedź jak kołek! Wypijmy za to, że rozsądek wygrał z fochami!
Aleksandra Sobczakówna podniosła się powoli. Nie płakała. Jej twarz była spokojna, niemal obojętna. W środku czuła jednak pustkę — chłodną, bezdźwięczną, podobną do tej, która pojawia się tuż po operacji, gdy znieczulenie jeszcze działa i nie ma bólu, jest tylko świadomość, że czegoś już nie ma i nie wróci. Sięgnęła po torebkę, sprawdziła telefon, kluczyki do auta. Każdy ruch był przemyślany, precyzyjny.
— Owszem, rozsądek zwyciężył, Grażyno Czerwińskiówno — powiedziała cicho. — Tyle że triumf ogłaszacie zbyt wcześnie.
Podeszła do męża. Maksymilian spojrzał na nią zamglonym wzrokiem, w którym mieszała się nadzieja i instynktowny lęk. Wciąż łudził się, że usiądzie obok, chwyci plastikowy kubek i znów stanie się „jedną z nich”.
— Klucze do mieszkania — wyciągnęła dłoń.
— Co? — zamrugał, a widelec z brzękiem upadł na talerz.
— Klucze do mojego mieszkania w mieście. Połóż je tutaj. Natychmiast.
— Ola, przestań… — jęknął, szukając wzrokiem wsparcia u matki. — Przecież jest dobrze… Jutro razem wrócimy…
— Nigdzie nie wracamy razem. Ty zostajesz. Tutaj. Z mamą, z Tadeuszem, z rozlanym majonezem na obrusie i całym tym bałaganem. To twoje środowisko, Maksymilianie. Czuj się jak u siebie. Do mojego mieszkania już nie wejdziesz.
Grażyna z hukiem odstawiła kieliszek, aż wódka rozlała się po lepkiej ceracie.
— Czyś ty rozum postradała?! — wrzasnęła. — Wyrzucasz męża z domu? Kim ty jesteś?! On ma tam meldunek!
— Nie ma — odparła lodowato Aleksandra, nawet na nią nie patrząc. — Jest zameldowany u pani. W dwupokojowym mieszkaniu w Siedlcach. Razem z panią, siostrą i bratankami. U mnie tylko mieszkał. Dopóki był moim mężem. A mąż, który pozwala rodzinie poniżać żonę, przestaje nim być.
Pochyliła się nad nim tak blisko, że poczuł chłód jej oddechu.
— Dałam ci wybór. Wybrałeś matkę. W porządku. Teraz z nią zostań. Klucze na stół. Jeśli nie, jeszcze dziś wymienię zamki, a twoje rzeczy wylądują pod drzwiami w workach na śmieci. I dobrze wiesz, że nie żartuję.
Drżącymi palcami wyciągnął pęk kluczy z kieszeni. Metal uderzył o szklany blat z ostrym dźwiękiem, który przeciął nagłą ciszę. Gitara Tadeusza umilkła, Joanna przestała przeżuwać. Wszyscy patrzyli na Aleksandrę jak na kogoś, kto nagle przemówił obcym, groźnym językiem.
— Posłuchajcie mnie uważnie — powiedziała, zgarniając klucze. — Nie będę dzwonić na policję ani urządzać scen. Szkoda mi nerwów. Dokończcie wódkę. Zjedzcie ser. Jeśli macie odwagę, prześpijcie się w moim łóżku. Ale jutro o dziesiątej przyjeżdża ekipa montować nowy płot i system alarmowy. Z nimi będą pracownicy ochrony. Jeżeli do tego czasu zostanie tu choć jedna wasza skarpetka — sami będziecie sobie winni.
— Grozisz nam?! — ryknął Tadeusz, próbując wstać, lecz zachwiał się i opadł na ławkę.
— Uprzedzam — sprostowała spokojnie. — Macie czas, żeby wyjść po dobroci. Maksymilianie, żegnaj. Pozew rozwodowy złożę przez internet, nie będziesz musiał nawet wychodzić z domu. Wygodne rozwiązanie. Wiem, że cenisz wygodę.
Odwróciła się i ruszyła w stronę samochodu. Szła prosto, z podniesioną głową.
— Ola! Zaczekaj! — krzyknął, zrywając się z miejsca. — Nie możesz tak po prostu odjechać! To absurd!
Grażyna chwyciła go za ramię i szarpnęła w dół.
— Siedź! — syknęła. — Niech jedzie! Jeszcze będzie błagać. Z kredytem na karku długo sama nie pociągnie. Wróci szybciej, niż myślisz. A wtedy to my postawimy warunki!
Aleksandra wsiadła do swojego crossovera. Wnętrze pachniało skórą i jej perfumami — świeżością, która kojarzyła się z czystą kartą. Odpaliła silnik; głęboki pomruk zagłuszył pijackie okrzyki z werandy. W lusterku zobaczyła, jak Maksymilian próbuje się wyrwać, lecz matka coś mu wykrzykuje prosto w twarz.
Wcisnęła gaz. Opony zgrzytnęły na żwirze. Wyjeżdżała z własnej posesji, zostawiając za sobą zdeptaną trawę, dymiący grill i ludzi, którzy bez skrupułów żerowali na jej życiu. Jutro pojawią się nowe zamki. Jutro przyjedzie firma sprzątająca. A dziś pojedzie do cichego mieszkania, gdzie nikt nie dotknie jej ulubionego kubka.
Serce biło równo. Łez nie było. Była za to jasność myśli: właśnie odcięła ciężar, który przez trzy lata ciągnął ją w dół. Ten ciężar siedział teraz na werandzie, słuchał matki i popijał ciepłą wódkę, ostatecznie wybierając sałatkę i święty spokój zamiast własnej rodziny.
