Maksymilian Długosz wpadł na werandę tak gwałtownie, że omal nie potknął się o pustą butelkę po wódce. Na jego twarzy pojawiły się purpurowe plamy, a dłonie drżały mu jak w febrze — trudno było zgadnąć, czy bardziej trząsł się przed matką, czy przed żoną. Dopadł stołu i stanął pomiędzy Aleksandrą Sobczakówną a nieszczęsną czarką z sałatką, jakby własnym ciałem chciał zatrzymać nieuniknione.
— Aleksandra, przestań! — zapiszczał, a głos uciekł mu w nienaturalnie wysoki ton. — Co ty wyprawiasz? Ludzie siedzą przy stole! Odstaw to!
Spojrzała na niego długo, bez mrugnięcia. W jej oczach nie było już ani gniewu, ani bólu — tylko lodowata, niemal kliniczna ciekawość, z jaką obserwuje się coś odrażającego. Powoli przechyliła naczynie. Gęsta, ciężka masa z majonezem runęła z mlaskiem na poplamiony obrus, rozbryzgując się aż na rękaw Grażyny Czerwińskiówny.
Cisza, która zapadła, była lepka i duszna. Słychać było jedynie brzęczenie tłustej muchy krążącej nad półmiskiem z mięsem.
— Ty jesteś nienormalna? — wysyczała teściowa, strzepując z kwiecistej bluzki kawałki ziemniaków. — Tadeusz, widzisz to?! Wariatka! Jedzenie marnuje! My do niej po ludzku, a ona takie numery! Niewdzięczna dziewucha!
— Mamo, spokojnie! — Maksymilian chwycił żonę za łokieć i niemal siłą odciągnął w stronę narożnika domu, gdzie stała rynna spustowa, z dala od ciekawskich spojrzeń.
Aleksandra nie protestowała, lecz wyszarpnęła rękę, jakby jego dotyk ją parzył. Stanęli twarzą w twarz. On oddychał ciężko; pachniał tanim piwem i strachem.
— Przesadzasz — syknął półgłosem, zerkając w stronę stołu, przy którym już podnosił się oburzony gwar. — Tak nie można. To moja rodzina. Wujek Tadeusz wypił, nie pojedzie teraz. Gdzie mam ich odesłać o tej porze? Daj spokój, prześpią się tutaj. Położę ich choćby na podłodze, bez pościeli. Rano odjadą, obiecuję. Tylko nie rób mi wstydu przed wszystkimi.
Patrzyła na niego i widziała nie mężczyznę, którego poślubiła trzy lata wcześniej, lecz bezkształtną masę, próbującą dopasować się do każdego oczekiwania.
— To ty robisz z siebie pośmiewisko — odpowiedziała cicho. — Przywożąc tu bez zapowiedzi całe to towarzystwo. Pozwalając swojej matce urządzać się w mojej kuchni. I błagając zamiast działać.
— Ale o co właściwie chodzi?! — rozłożył ręce. — Co oni takiego zrobili? Zjedli, wypili… szkoda ci? Jesteś teraz panią dyrektor, jeździsz terenówką, pieniędzy ci nie brakuje. Ten kawałek sera to dla ciebie problem?
— Nie o ser chodzi. Tylko o to, że wprowadziłeś do mojego domu ludzi, którzy zachowują się jak zdobywcy. Posłuchaj, co mówią.
Z werandy dobiegały pijackie, bezceremonialne głosy.
— Wielka pani z miasta! — perorowała jakaś krewna z natapirowanymi włosami. — Sałatkę wyrzuca! W naszych czasach dostałaby w kark i by jej przeszło! Maksio to mięczak, dlatego wlazła mu na głowę. Babę trzeba krótko trzymać, a nie klucze jej dawać!
— No właśnie! — zawtórował bas. — Pewnie nakradła na taki dom, uczciwą robotą się tyle nie zarabia. My ją jutro do porządku przywołamy. Niech zobaczy, jak się grządki kopie, to jej pycha opadnie.
Aleksandra uśmiechnęła się krzywo.
— Słyszysz? — zwróciła się do męża. — Już planują, jak będą mnie wychowywać. Dziś grządki, jutro rozkopią trawnik pod ziemniaki, a pojutrze wujek uzna, że komórka bardziej mu potrzebna niż mnie.
— Oni są pijani — bąknął. — Wytrzeźwieją, będzie normalnie. Daj im jeden wieczór. Dla mnie. Jeśli ich wyrzucisz, matka mnie znienawidzi.
— A jeśli ich zostawię, ja znienawidzę siebie — odparła. — Przyjeżdżam tu odpocząć, nie organizować wczasów dla prostactwa.
Zbliżyła się o krok. Jej głos stał się suchy i twardy.
— Jest szesnasta. Masz dwadzieścia minut. Albo wszyscy wsiadają do samochodów i znikają, albo kończymy tę farsę inaczej. Taksówka do Siedlec kosztuje dwa tysiące złotych. Jeśli wujek nie ma gotówki — zapłać za niego. Nie masz? Pożycz od matki.
— A jeśli odmówię? — wyprostował się, udając stanowczość, która brzmiała fałszywie. — To też mój dom. Jestem twoim mężem.
— Ten dom kupiłam przed ślubem, za własne pieniądze. W księgach wieczystych widnieje wyłącznie moje nazwisko. Ty jesteś tu gościem. I jako gość zachowujesz się fatalnie.
Wzięła głęboki oddech. W środku coś w niej ostatecznie pękło.
— Albo wyjadą teraz, albo wyjedziesz z nimi. Spakujesz swoje rzeczy, wsiądziesz do tego rdzewiejącego logana wujka Tadeusza i pojedziesz do matki. Nie wrócisz ani tutaj, ani do naszego mieszkania w mieście. Klucze zostawisz na stole.
Zamarł z otwartymi ustami. Spodziewał się krzyków, histerii, może rozbitych talerzy — lecz nie tej lodowatej konsekwencji.
— Wyrzucasz mnie? Przez mamę? Przez głupi grill? — wyjąkał. — Jesteśmy razem pięć lat!
— Nie przez grill. Tylko dlatego, że wybrałeś bycie posłusznym synem zamiast lojalnym mężem. Pozwoliłeś, by mnie obrażano w moim własnym domu. Wybieraj. Czas leci.
Odwróciła się i wróciła na werandę. Gdy pojawiła się w drzwiach, rozmowy przycichły, choć tylko na moment. Grażyna Czerwińskiówna, wciąż wycierając plamy majonezu serwetką, nabrała powietrza, gotowa do kolejnej tyrady.
— I co? Dogadaliście się? — zakpiła. — Rozum przemówił do męża? Siadaj, wypij karnego kieliszka, póki jestem w dobrym humorze. I przynieś czystą widelczyk, tym się brzydzę jeść.
Aleksandra nie odpowiedziała. Usiadła w wiklinowym fotelu naprzeciw stołu, splecionymi ramionami zamknęła się w sobie i czekała. Jej spojrzenie spoczęło na Maksymilianie, który wspinał się po schodkach jak skazaniec idący na wyrok. W tej chwili ważyły się jego dalsze losy, a po nerwowo drgających ustach i uciekającym wzroku było widać, że gotów jest zdradzić każdego, byle tylko ocalić własny spokój i uniknąć otwartego konfliktu.
