Teraz interesował go już tylko sejf.
— Otwórz. Wezmę gotówkę.
— Jutro o jedenastej przyjedzie Krzysztof Ostrowski — odparłam spokojnie. — Otworzymy przy nim, spiszemy zawartość, a ty dostaniesz swoją kopertę za pokwitowaniem.
— Kamila, daruj sobie ten spektakl. To są moje pieniądze.
— Właśnie dlatego wszystko zostanie opisane. Żebyś później nie twierdził, że coś sobie przywłaszczyłam.
Uderzył palcami o blat, jakby chciał wybuchnąć, lecz w ostatniej chwili się powstrzymał. Najpewniej przypomniał sobie o nagraniu i o prawniku.
— Mam więcej długów, niż ci się wydaje.
— Część wezwań już widziałam w twojej teczce. Trzymałeś je obok moich dokumentów i projektu pożyczki, który zamierzałeś mi podsunąć.
— Po transakcji wszystko miałem spłacić.
— Tylko że ta transakcja miała zostać sfinansowana z moich pieniędzy. A ja ci ich nie dałam.
Parsknął krótkim śmiechem, ale nie było w nim już dawnej pewności siebie.
— Jednym kodem odcięłaś mnie od wszystkiego.
— To nie kod cię odciął, Mariusz. On jedynie uniemożliwił ci zabranie moich papierów i nazwanie tego rodzinną pomocą.
O ósmej znów zadzwonił Marcin. Mariusz wyszedł do przedpokoju, lecz nie domknął drzwi. Rozmowa trwała zaledwie chwilę. Marcin oznajmił, że dłużej czekać nie zamierza, bo od początku warunek był jasny: cała kwota miała być dziś. Mariusz próbował tłumaczyć się „rodzinnym opóźnieniem”, ale bez mojej pożyczki jego wyjaśnienia nikogo już nie obchodziły.
Kiedy wrócił do kuchni, nie miał w sobie ani śladu wcześniejszej stanowczości.
— Będę musiał złożyć wniosek o upadłość — powiedział. — Inaczej z tego nie wyjdę.
— W takim razie znajdź specjalistę od upadłości. Na dziś żaden sąd nie ogłosił twojej upadłości, a moje środki nie stanowią części twojego postępowania.
— Nawet teraz mówisz jak lekarz na obchodzie.
— Mówię jak ktoś, kto nie zamierza dłużej płacić za cudze decyzje.
Milczał przez moment, po czym zapytał, czy zwykłe przeprosiny mogłyby jeszcze coś naprawić. Poprosiłam, żeby najpierw powiedział, za co konkretnie przeprasza. Mruknął coś o tabletkach. Dopiero potem dodał, że nie powstrzymał matki. O swoim tekście o kuchni przypomniał sobie dopiero wtedy, gdy mu go naprowadziłam.
— Byłem zdenerwowany — rzucił.
— A ja byłam po operacji. Różnica polega na tym, że ty myślałeś o transakcji, a ja o tym, jak przywrócić leczenie.
Na tym rozmowa się urwała. Nie dlatego, że wyjaśniliśmy wszystko do końca, lecz dlatego, że dalsze powtarzanie tych samych zdań nie miało sensu. Powiedziałam Mariuszowi, że do przyjazdu prawnika może zostać w osobnym pokoju. Rano zabierze rzeczy najpotrzebniejsze i swoją gotówkę, ale wyłącznie po sporządzeniu opisu. Każda następna sprawa miała iść przez Krzysztofa Ostrowskiego.
Późnym wieczorem przyszła wiadomość od Zofii Pawłowskiówny: „Chciałam dla ciebie dobrze. Niewdzięczna”. Przekazałam ją prawnikowi, a jej odpisałam tylko jednym zdaniem: „Roszczenie dotyczące szkody zostanie skierowane przez pełnomocnika”. Tego dnia więcej się nie odezwała.
Nazajutrz Krzysztof Ostrowski zjawił się punktualnie o jedenastej. Mariusz czekał w gabinecie, z torbą postawioną przy nogach. Sejf otworzyłam sama. W obecności prawnika wyjęliśmy teczkę Mariusza, przeliczyliśmy jego gotówkę, wpisaliśmy kwotę do protokołu i przekazaliśmy mu kopertę za podpisem. Moje dokumenty, intercyza, papiery medyczne oraz niepodpisana umowa pożyczki zostały w sejfie.
Mariusz podpisał spis gwałtownym ruchem, mocno dociskając długopis do kartki, ale przy prawniku nie próbował się kłócić. Wsunął kopertę do torby, zabrał dwie koszule, ładowarkę i teczkę dotyczącą transakcji, która już przepadła.
Przy drzwiach zatrzymał się jeszcze na chwilę.
— Rozumiesz, że sam tego nie udźwignę?
— Rozumiem.
— I mimo to mi nie pomożesz?
— Nie pieniędzmi. Nie po tym, co się stało.
Wyszedł cicho. Bez trzaskania drzwiami, bez swojego zwyczajowego „jeszcze pożałujesz”. Chyba wreszcie dotarło do niego, że każde podobne zdanie przestaje być elementem domowej awantury, a staje się kolejnym fragmentem korespondencji dla prawnika.
Godzinę później kurier dostarczył nowe leki. Sprawdziłam pudełka z zaleceniami, przełożyłam je do nowego organizera i postawiłam w gabinecie, obok segregatora z kopiami wezwania, pozwu i intercyzy. Kod do sejfu znałam już wyłącznie ja.
Wieczorem Krzysztof Ostrowski przesłał projekt pisma do Zofii Pawłowskiówny oraz wykaz dokumentów potrzebnych do rozwodu. Skontrolowałam datę, dołączyłam rachunek na około sześć tysięcy trzysta dziewięćdziesiąt złotych i odpisałam: „Akceptuję”.
W domu zrobiło się ciszej. Ubyło głosów, żądań i obcych rąk grzebiących w moich rzeczach. Mariusz stracił nie tylko transakcję. Stracił przede wszystkim to, na czym opierał swoje plany przez wszystkie te lata: swobodny dostęp do moich pieniędzy, ukrywany pod nazwą rodzinnego obowiązku.
