Czy pełna kwota wpłynie jeszcze dziś przed dwudziestą. Mariusz Zawadzki przeniósł wzrok na mnie i bez mrugnięcia okiem skłamał:
— Wpłynie.
Nie zamierzałam przekrzykiwać go z drugiego końca pokoju. W projekcie umowy widniał numer Marcina Michalskiego, więc napisałam do niego krótko: „Dzień dobry. Kamila Laskowskiówna. Nie jestem stroną transakcji zawieranej przez Mariusza. Umowa pożyczki nie została przeze mnie podpisana. Nie biorę udziału finansowego w tej sprawie”.
Po paru sekundach Marcin zamilkł po drugiej stronie linii. Gdy odezwał się ponownie, w jego głosie nie było już uprzejmości.
— Mariusz, co ty wyprawiasz? Mówiłeś, że to rodzinne pieniądze i że temat jest załatwiony.
Mariusz odparł, że po operacji „nie jestem sobą”. Włączyłam nagrywanie rozmowy i spokojnie zasugerowałam, żeby ostrożniej dobierał słowa. Na sam dźwięk wyrazu „nagrywanie” stracił pewność, szybko zakończył połączenie i wyszedł na korytarz, żeby dzwonić do banku.
W tym samym czasie Zofia Pawłowskiówna podeszła do sejfu i szarpnęła za drzwiczki.
— Natychmiast otwieraj. Tam są pieniądze mojego syna.
— Jego pieniądze pozostaną jego pieniędzmi. Natomiast moje dokumenty i moje oszczędności nie są pani sprawą.
— Jestem matką Mariusza.
— To nie daje pani prawa do mojego sejfu, moich leków ani moich środków.
Chciała odpowiedzieć ostro, ale ja już wysyłałam prawnikowi zdjęcie pustego organizera, paragon, wyciąg z konta, wiadomość do Marcina oraz kopię intercyzy. Potem zadzwoniłam do apteki. Potrzebnego preparatu nie mieli na miejscu, za to mogli od razu przyjąć zamówienie z dostawą na następny dzień po południu. Potwierdziłam je i zapłaciłam za nowy kurs leczenia własną kartą.
Kiedy Mariusz wrócił do kuchni, nie wspomniał już ani słowem o kolacji.
— Teraz przelewasz mi pieniądze — powiedział. — A o matce porozmawiamy osobno.
— Nie.
— Stracę zadatek.
— Wpłaciłeś go, zanim miałeś pełną kwotę i bez podpisanej przeze mnie umowy pożyczki.
— Bo miałaś mi pomóc.
— Nie mam obowiązku finansować transakcji, którą prowadziłeś jako swoją.
Próbował sprowadzić rozmowę na dobrze znane tory. Najpierw naciskał długami, później powtarzał, że ludzie czekają, a na koniec przypomniał, ile lat jesteśmy małżeństwem. Odpowiadałam spokojnie i zwięźle, ale nie urywanymi półsłówkami: jego wierzyciele byli jego wierzycielami, jego ustalenia z Marcinem były jego ustaleniami, a moje pieniądze nie stawały się wspólne tylko dlatego, że jemu zrobiło się pilno.
Zofia Pawłowskiówna znów wtrąciła się do rozmowy.
— Widzisz, Mariusz, mówiłam ci. Ona zawsze uważała się za lepszą od nas. Lekarka, kierowniczka, wszystko musi mieć na papierze. A własnemu mężowi nie chce pomóc.
— Pomoc jest wtedy, kiedy ktoś prosi i potrafi uszanować odmowę — odparłam. — A kiedy wyrzuca się komuś leczenie i żąda dwustu piętnastu tysięcy złotych, to przestaje być pomoc.
— Ja chciałam dobrze — powiedziała ciszej.
— W takim razie proszę zwrócić sześć tysięcy trzysta dziewięćdziesiąt złotych. Wezwanie do zapłaty przygotuje prawnik.
Zofia Pawłowskiówna natychmiast zamilkła. Dopóki jej „dobre intencje” nic nie kosztowały, mogła o nich mówić bez końca. Gdy jednak przy jej czynie pojawiła się konkretna kwota, cała dobroć wyparowała.
Mariusz odwiózł matkę około szesnastej. Przed wyjściem rzucił jeszcze, że wieczorem wróci, a ja wtedy „dojdę do siebie”. Nie odpowiedziałam mu na klatce schodowej. Zamknęłam drzwi, usiadłam przy biurku i otworzyłam folder zatytułowany „Finanse”. Były tam skany dawnych pokwitowań Mariusza, korespondencja dotycząca nowej pożyczki, projekt umowy bez mojego podpisu oraz dokumenty związane z intercyzą.
Całość przesłałam Krzysztofowi Ostrowskiemu. Następnie weszłam do aplikacji bankowej i anulowałam przygotowany wcześniej wniosek o duży przelew, który Mariusz kazał mi złożyć zawczasu „dla przyspieszenia sprawy”. Nie było to żadne zobowiązanie, ale liczył, że pokaże Marcinowi, iż środki są właściwie gotowe. Na ekranie pojawił się komunikat: „Operacja anulowana przez klienta”. Zrobiłam zrzut ekranu, wysłałam go Mariuszowi i przestałam odbierać od niego telefony.
O siedemnastej napisał do mnie sam Marcin. Poprosił, żebym potwierdziła, czy rzeczywiście nie uczestniczę w transakcji i czy nie obiecywałam finansowania. Odpisałam mu jednoznacznie: umowy nie podpisałam, pieniędzy nie przekazuję, Mariusz działa na własny rachunek. Czterdzieści minut później przyszła wiadomość od Mariusza: „Wszystko zepsułaś”. Bez komentarza przesłałam ją prawnikowi.
Mariusz wrócił przed dziewiętnastą. Zofii Pawłowskiówny nie było już z nim. Nie wyglądał na wściekłego, raczej na zapędzonego w ślepy zaułek: kurtkę miał rozpiętą, w dłoni ściskał telefon, a na ekranie co chwilę pojawiało się kolejne powiadomienie.
— Marcin wycofał się z transakcji — oznajmił od progu. — Udziały sprzeda komuś innemu.
— Czyli nie doczekał się pieniędzy.
— Zadatek przepada.
— Sam zgodziłeś się na taki warunek.
Mariusz wszedł do kuchni i opadł na wolne krzesło. Nie domagał się już kolacji.
