Właściwie było to nawet prostsze niż trzy lata życia w zawieszeniu.
— Rozumiem — powiedziała spokojnie. — Idź do matki, Pawle.
— Co takiego?
— Mówię poważnie. Idź. Rzeczy spakujesz jutro, kiedy ochłoniesz. Klucze zostawię u sąsiadki.
Paweł patrzył na nią tak, jakby spodziewał się, że zaraz parsknie śmiechem albo cofnie wszystko, co przed chwilą powiedziała. Katarzyna jednak ani się nie roześmiała, ani nie zmieniła zdania.
— Ty naprawdę nie wiesz, co robisz — rzucił cicho.
— Wiem aż za dobrze.
Z korytarza natychmiast dobiegł triumfalny głos Krystyny Michalakówny, oznajmiającej, że od początku była pewna, iż ta kobieta nie ma ani serca, ani rozumu. Mateusz Sikora coś jej przytaknął. Paweł stał jeszcze przez krótką chwilę, jakby liczył, że cisza sama załatwi za niego resztę. Potem sięgnął po kurtkę i wyszedł. Katarzyna zamknęła za nim drzwi. Nowy zamek kliknął sucho i ostatecznie.
Poszła do kuchni, nastawiła czajnik i usiadła przy oknie. Za szybą dawno zapadł mrok.
Po swoje rzeczy Paweł zjawił się dopiero dwa dni później. Przyszedł rano, kiedy Katarzyna była już w pracy. Zabrał ubrania, laptop, część dokumentów. Klucze — te nowe, które zostawiła dla niego u sąsiadki — położył na kuchennym stole. Obok leżała kartka. Napisał, że potrzebuje czasu, żeby wszystko przemyśleć. Katarzyna przeczytała wiadomość, złożyła ją starannie i wsunęła do szuflady.
Czas miała również ona. I też myślała. Tylko inaczej niż wcześniej: bez pośpiechu, bez płaczu, bez tej dusznej paniki, która przez lata nie pozwalała jej ruszyć z miejsca. Teraz w głowie panowała trzeźwa jasność, jaka przychodzi wtedy, gdy decyzja odkładana zbyt długo wreszcie zostaje podjęta.
Do prawniczki umówiła się tydzień później. Nie dlatego, że chciała natychmiast rozpoczynać wojnę. Chciała po prostu wiedzieć, jak wygląda rzeczywistość, kiedy odłoży się na bok rodzinne krzyki, pretensje i szantaże. Kobieta, która ją przyjęła, była już niemłoda, siedziała prosto jak struna i mówiła oszczędnie, bez ozdobników. Katarzyna opowiedziała jej całą sytuację. Prawniczka słuchała uważnie, robiła krótkie notatki, a potem zapytała, czy są dokumenty potwierdzające wkład własny oraz historię spłat kredytu hipotecznego.
Dokumenty oczywiście były. Katarzyna przechowywała wszystko: wyciągi, potwierdzenia przelewów, umowę zakupu, zaświadczenia z banku. Cztery lata pracy przy rozliczeniach w firmie budowlanej nauczyły ją, że papier potrafi ważyć więcej niż najgłośniejsze słowa.
Prawniczka przejrzała teczkę, kartka po kartce, po czym uniosła wzrok.
— Ma pani mocne podstawy — powiedziała.
Dalej sprawy toczyły się już własnym rytmem. Powoli, urzędowo, przez sąd, wyceny, pisma i nieuniknione próby Pawła, by „dogadać się polubownie”, oczywiście na warunkach wygodnych głównie dla niego. Katarzyna przychodziła na rozmowy, słuchała, a potem odpowiadała krótko i rzeczowo. Krystyna Michalakówna zadzwoniła raz, żeby oznajmić, że Katarzyna jeszcze gorzko pożałuje, bo los bywa bezlitosny. Katarzyna odparła uprzejmie, że zanotuje tę opinię, po czym zakończyła rozmowę.
Postępowanie sądowe trwało trzy miesiące. Katarzyna przedłożyła komplet dokumentów: umowę kupna, potwierdzenia pochodzenia własnych oszczędności, pełną historię rat hipotecznych, z której jasno wynikało, że to ona regulowała większą część wpłat. Paweł próbował kwestionować podział udziałów, ale jego pełnomocnik mógł pracować wyłącznie na tym, co miał. A miał niewiele.
Wyrok przyznał Katarzynie dwie trzecie mieszkania. Paweł otrzymał rekompensatę pieniężną odpowiadającą jego rzeczywistemu wkładowi. Krystyna Michalakówna nie dostała nic, bo nigdy nie posiadała żadnych praw do tego lokalu. Po prostu wcześniej nikt nie zadał sobie trudu, żeby jej to jasno przypomnieć.
O decyzji sądu Katarzyna dowiedziała się w najzwyklejszy dzień pracy, podczas przerwy obiadowej. Odczytała wiadomość od prawniczki, wygasiła ekran telefonu i spokojnie dokończyła zupę.
Miesiąc po sfinalizowaniu wszystkich formalności kupiła nową donicę dla fikusa. Dużą, ceramiczną, w kolorze ciepłej terakoty. Przesadziła roślinę i ustawiła ją tam, gdzie stała wcześniej — przy oknie. Przez pierwsze dni fikus nieco oklapł, jak to bywa po przesadzaniu, lecz potem odzyskał siłę, wyprostował liście i zaczął wyciągać się ku światłu.
Katarzyna patrzyła na niego któregoś ranka, trzymając w dłoniach kubek kawy, i pomyślała, że pewnie od dawna potrzebował więcej miejsca. Tylko nikt wcześniej go nie przesadził.
