Cisza nie była już zwykłym brakiem dźwięków. Miała ciężar, gęstość i własny oddech. Kot, który przez cały ten czas ukrywał się pod łóżkiem, wysunął najpierw pyszczek, potem ostrożnie resztę ciała, po czym usiadł obok Pauliny. Patrzył na nią tak uważnie, jakby dopiero teraz pojął, kto naprawdę rządzi w tym mieszkaniu.
Paulina wyjęła z szafki kieliszek, nalała odrobinę wina i opadła na kanapę. I wtedy nagle, niemal fizycznie, poczuła coś, czego nie czuła od lat: to miejsce należało do niej. Bez cudzych cieni snujących się po kątach, bez obcych zapachów, bez wiecznego: „u nas robi się to inaczej”.
Minął tydzień. Siedem dni spokoju. Siedem wieczorów bez wołania: „Paulina, gdzie są moje skarpetki?”, i siedem poranków bez czujnego szeptu teściowej: „Kawa ci szkodzi, w twoim wieku…”. Prawie raj. Chociaż Paulina dobrze wiedziała, że burza nie odeszła naprawdę. Po prostu udawała, że przeszła bokiem.
I rzeczywiście — w niedzielę, w porze obiadu, rozległ się dzwonek. Długi, ponury, natrętny, jak sygnał alarmowy. Paulina spojrzała przez wizjer i uśmiechnęła się krzywo. Na progu stał Radosław: nieogolony, z bukietem goździków w dłoni. Goździków. Kwiatów, którymi częściej ozdabia się nie święto, lecz jego przeciwieństwo.
— Cześć — odezwał się, wbijając wzrok w podłogę. — Możemy porozmawiać?
— Oczywiście — odparła spokojnie. — Na klatce.
— Paulina, nie róbmy przedstawienia.
— Radosław, przedstawienie skończyło się w zeszły piątek. Artyści się rozeszli, klauni też.
Przesunął się odrobinę bliżej, jakby sprawdzał, gdzie przebiega granica.
— Myślałem… Może oboje trochę przesadziliśmy.
— Oboje? — uniosła lekko brwi. — Ja znosiłam to przez siedem lat, a ty nazywasz to przesadą?
Radosław położył kwiaty na półce, jakby próbował zaznaczyć teren.
— Mama się martwi. Mówi, że może przechodzisz jakiś kryzys…
— Nie, Radosław. To nie ja przechodzę kryzys. To moja cierpliwość właśnie dobiegła końca.
Skinął głową, bezradnie przekładając ręce z miejsca na miejsce.
— To może… wróciłbym?
— Nie.
— Dlaczego?
— Bo twoja walizka i twoja matka już się odnalazły. Nie przeszkadzaj im w szczęściu.
Kilka dni później pojawiła się Elżbieta. Przyniosła siatkę mandarynek i minę człowieka wezwanego na przesłuchanie.
— Paulino, ja oczywiście wszystko rozumiem. Praca, zmęczenie… Ale przecież jesteśmy rodziną.
— Byliśmy rodziną, pani Elżbieto, dopóki nie uznała pani, że moja kuchnia to wasz ośrodek wypoczynkowy.
Teściowa zaczęła starannie wykładać mandarynki na stół, jakby cytrusami dało się załatwić przeprosiny.
— Ja tylko chciałam, żeby Radosław miał ciepły dom. On nie jest taki zaradny.
— Proszę mi przypomnieć, ile on ma lat? — Paulina wyjęła z szafki kubki.
— Mężczyźni są jak dzieci. Potrzebują kobiety, która…
— …nakarmi, posprząta i jeszcze wygłosi pogadankę moralną? Dziękuję, zmęczyłam się.
Elżbieta przewróciła oczami.
— Jesteś zbyt dumna. Tak się nie da żyć, Paulino. W życiu trzeba być miększą.
— A pani jest zbyt pewna, że całe życie mieści się w pani kuchni. Ja do niej już nie wrócę.
Tego samego wieczoru zadzwoniła ciotka Zuzanna, krewna męża, z głosem pełnym bólu za cały świat.
— Paulinko, kochana, jak mogłaś tak postąpić z Radosławem?
— A on ze mną postępował właściwie?
— To mężczyzna. Oni mają swoje słabości.
— Ja też mam swoje. Na przykład nie znoszę, kiedy ktoś używa mnie zamiast wycieraczki.
Po tej rozmowie Paulina jeszcze długo chodziła po mieszkaniu tam i z powrotem, jakby próbowała rozchodzić napięcie, które uparcie nie chciało opaść.
