„Katarzyna, rzuć kluczyki od auta na stół” — rozkazał Mariusz, wskazując szczypcami i pokazując, kto tu rządzi

Niesprawiedliwe, że inni żerują na czyjejś pracy
Opowieści

Beata Jabłońskiówna obejrzała się nerwowo w stronę drzwi. Z werandy dobiegał stuk talerzy, brzęk szkła i głośny śmiech.

— Mariusz był niedawno u Teresy — powiedziała ciszej. — Przywiozłam wtedy sadzonki i akurat usłyszałam, jak się kłócą. Mówił matce, że skoro masz za dużo pieniędzy, to niech Katarzyna stawia im nową saunę. Teresa odpowiedziała, że się nie zgodzisz. A on tylko się roześmiał. Powiedział, że niby dokąd uciekniesz, skoro Karol i tak robi z tobą, co chce. Dodał jeszcze, że dom prędzej czy później będzie jego, bo skoro żona Karola sama potrafi zarobić na mieszkanie, to tutaj mogą przecież dołożyć się do nowego dachu.

Przestałam kroić ser. Ostrze noża opadło ciężko na deskę.

— Naprawdę tak powiedział?

— Co do słowa — westchnęła Beata. — Oni patrzą na ciebie jak na chodzący portfel, Katarzyno. Przepraszam, że się wtrącam, ale kiedy zobaczyłam, jak stoisz przy grillu z tymi torbami, a Mariusz żąda od ciebie kluczyków do auta… od razu przypomniała mi się tamta rozmowa.

Wzięła sól i wyszła z kuchni.

Zostałam sama. Spojrzałam na swoje dłonie. Pod paznokciami wciąż miałam ciemne ślady ziemi po obieraniu ich ziemniaków. Lakier na paznokciu wskazującego palca odchodził płatami. Przez ostatnie trzy miesiące pracowałam bez jednego wolnego dnia, żeby serowarnia wreszcie wyszła na plus. Wstawałam o piątej rano. Sama rozwoziłam zamówienia, kiedy kurier zachorował.

Podeszłam do małego lustra nad umywalką. Z odbicia patrzyła na mnie zmęczona kobieta z włosami ściągniętymi byle jak w ogon. Miała trzydzieści osiem lat. Własną firmę. Własne mieszkanie. Własny samochód. A mimo to stała w cudzej letniej kuchni i słuchała, jak obcy ludzie rozdzielają między siebie jej pieniądze, nie zadając sobie nawet trudu, żeby powiedzieć „dziękuję”.

Nikt mnie do tego nie zmusił. Sama się na to godziłam. Sama pozwoliłam im uznać, że jestem wygodna. Sama przyjęłam to ich: „przecież jesteśmy rodziną”. Wierzyłam, że jeśli będę hojna, to mnie zaakceptują.

Co za bezdenna głupota.

W garnku z ziemniakami zawrzała woda. Podeszłam, zmniejszyłam płomień i wsypałam sól. Potem dokładnie umyłam ręce mydłem i wytarłam je papierowym ręcznikiem.

Podniosłam deskę z serem i wróciłam na werandę.

Część 4. Siedemnaście minut

Przy stołach ustawionych w kształt litery „T” siedziały już wszystkie dwadzieścia dwie osoby. Na białym obrusie tłoczyły się półmiski z wędlinami, salaterki, karafki z kompotem i butelki taniej wódki.

Mariusz Witkowski rozsiadł się na honorowym miejscu. Obok niego siedzieli Teresa Pawlakówna i Karol Sobczak.

Postawiłam deskę z serem pośrodku stołu.

— O, serek dojechał! — oznajmił wesoło Mariusz. — Matka, dawaj już mięso! Czas na gorące!

Teresa natychmiast zerwała się z miejsca i pobiegła do kuchni po półmisek z szaszłykami. Wzięłam pusty talerz leżący przy krawędzi stołu i usiadłam tam, gdzie zostało jedyne wolne krzesło — na samym końcu, tuż przy drzwiach.

Nogi pulsowały mi ze zmęczenia. Plecy bolały po godzinie stania nad zlewem w niewygodnym pochyleniu. Sięgnęłam po widelec.

Teresa Pawlakówna wróciła, niosąc ogromny parujący półmisek z mięsem. Ustawiła go w centralnym miejscu, dokładnie przed Mariuszem.

— No to za święto rodziny! — Mariusz uniósł kieliszek. — Za nas!

Wszyscy zawtórowali mu gwarno. Rozległo się stukanie szkła. Mariusz zaczął rozdzielać mięso. Najpierw sobie, potem Karolowi, później wujkowi Januszowi Zającowi.

Półmisek stał daleko ode mnie. Podniosłam się, wyciągnęłam rękę z widelcem, nabiłam porządny, dobrze przypieczony kawałek wieprzowiny i przełożyłam go na swój talerz. Usiadłam z powrotem i chwyciłam nóż.

Zdążyłam odkroić tylko niewielki kęs.

Nagle czyjaś ręka szarpnęła mój talerz po ceracie. Naczynie zaskrzypiało nieprzyjemnie, przesunęło się przez stół i zatrzymało dopiero przy Mariuszu.

Uniósł na mnie wzrok. Patrzył z góry, bez cienia złości. Nie musiał się denerwować. Był całkowicie przekonany, że ma do tego prawo.

— Służba je po gospodarzach! — ryknął na całą werandę.

Przy stole natychmiast zapadła cisza. Dwadzieścia dwie osoby przestały przeżuwać.

— Niech najpierw mężczyźni się najedzą — dorzuciła Teresa Pawlakówna, dolewając Mariuszowi kompotu. — Po co się tak wyrywasz, Katarzyno? Poczekasz.

Spojrzałam na Karola. Mój mąż, człowiek, z którym przeżyłam osiem lat, siedział naprzeciwko mnie. Opuścił oczy na talerz i uśmiechnął się krzywo. Tylko kącik ust drgnął mu lekko.

Cisza pękła nagle od śmiechu. Wujek Janusz Zając ryknął pierwszy. Siostrzeńcy zachichotali zaraz po nim. Beata Jabłońskiówna spuściła głowę i zaczęła z przesadnym skupieniem grzebać widelcem w sałatce.

Śmiali się. Szczerze, lekko, z prawdziwą wesołością. Jak z udanego żartu w komedii.

Blaskot