„Katarzyna, rzuć kluczyki od auta na stół” — rozkazał Mariusz, wskazując szczypcami i pokazując, kto tu rządzi

Niesprawiedliwe, że inni żerują na czyjejś pracy
Opowieści

— Całe mam mokre! — dopowiedziała z pretensją.

Wytarłam dłonie o nogawki dżinsów, chociaż sama byłam mokra po łokcie, weszłam do pokoju, wyciągnęłam z komody świeże ręczniki i zaniosłam je na werandę.

Przy stole rozsiadła się już męska część rodziny. Mariusz Witkowski napełniał kieliszki wódką, a Karol Sobczak siedział tuż obok niego i śmiał się z jakiegoś żartu, którego najwyraźniej nie dosłyszałam.

— A ja mu mówię: na złom z tym gratem! — perorował donośnie Mariusz, wymachując szpikulcem do szaszłyków. — Teraz każdy, kto ma łeb na karku, przesiada się na chińczyki. Sam się zastanawiam, czy nie opchnąć swojego i nie wziąć czegoś porządniejszego.

Wuj Janusz Zając, drobny mężczyzna w kraciastej koszuli, parsknął pod nosem.

— Mariusz, a na takiego chińczyka to ty już zarobiłeś? Przecież twój sklep z częściami samochodowymi padł jeszcze wiosną.

Mariusz nawet nie mrugnął.

— Przejściowe kłopoty, wujku Januszu. Biznes ma swoje fale. Dzisiaj pustka, jutro pełne ręce roboty. Karol potwierdzi.

Klepnął mojego męża po ramieniu. Karol skinął głową, ale natychmiast spuścił wzrok.

Zatrzymałam się przy stole. Miesiąc wcześniej Karol przelał Mariuszowi szybkim przelewem cztery tysiące trzysta złotych. „Bratu na rozruch”, wyjaśnił mi wtedy. Tyle że były to środki z mojego firmowego konta, które wcześniej wysłałam Karolowi na opłacenie czynszu i rachunków za nasze mieszkanie.

Położyłam ręczniki przed Beatą Jabłońskiówną.

— Oj, Katarzynko — Beata natychmiast złapała mnie za nadgarstek. — Czemu ty taka blada? Znowu tylko praca i praca, co? Nasza bizneswoman.

W tym słowie — „bizneswoman” — zabrzmiała taka pobłażliwa łaskawość, jakbym co najwyżej sprzedawała słonecznik na dworcu.

— Pracuję, ciociu Beato — odparłam i ostrożnie wysunęłam rękę z jej uścisku.

— No właśnie Mariusz mówi, że już się całkiem w tych pieniądzach zakopałaś — odezwała się Teresa Pawlakówna, wnosząc wielki półmisek ogórków. — Rodziny nie widzisz. Przyjedziesz raz na miesiąc, rzucisz zakupy jak jałmużnę i zaraz nos w telefon. A mogłabyś posiedzieć z nami od serca.

Znieruchomiałam. W środku zrobiło mi się lodowato, ale jednocześnie ogarnął mnie dziwny spokój.

— Pani Tereso, ja zakupów nie rzucam. Ja je kupuję. Za własne pieniądze — powiedziałam równo.

Teściowa zacisnęła usta. Mariusz stuknął kieliszkiem o blat.

— Katarzyna, no i zaczyna się — skrzywił się. — Ty wszystko od razu przeliczasz na pieniądze. My o relacjach, o bliskości, a ty znowu o paragonach. Wiecznie zachowujesz się tak, jakbyś miała gdzieś nasze zwyczaje.

Spojrzałam na Karola. Mój mąż z wielkim skupieniem oglądał wzorek na ceracie.

— Tak, Mariusz. Mam — powiedziałam cicho, ale przy stole od razu zrobiło się ciszej.

Mariusz odchylił się na oparcie plastikowego krzesła. Patrzył na mnie dziwnie — jak ktoś jednocześnie urażony i absolutnie przekonany, że ma rację.

— Jestem starszym bratem — odezwał się nagle bez zaczepki, prawie spokojnie. — Ojciec umarł, kiedy Karol miał dziesięć lat. To ja musiałem być tym najważniejszym. To ja miałem wszystkich trzymać razem. Tylko że mój interes się posypał. A tobie nagle zaczęło iść. I teraz przyjeżdżasz tutaj, patrzysz na nas jak na biednych krewnych. Chcę chociaż tu, w domu matki, czuć się gospodarzem. Rozumiesz to w ogóle czy nie?

To była prawda. Prosta, ludzka i bardzo koślawa prawda. On potrzebował miejsca, w którym będzie kimś najważniejszym. I budował sobie tę pozycję moim kosztem.

Nie znalazłam odpowiedzi. Bo przecież naprawdę się od nich wykupywałam. Łatwiej było mi kliknąć w aplikacji zamówienie z dostawą, przelać pieniądze na naprawę dachu, byle nie słuchać wiecznego narzekania i nie brać udziału w ich długich, jałowych rozmowach o tym, kto komu co powiedział dziesięć lat temu. Sama pozwoliłam im traktować moje pieniądze jak wspólne zaplecze.

Nie powiedziałam już nic. Wróciłam do kuchni. Pod ścianą czekało wiadro pełne nieobranych ziemniaków.

Część 3. Zwierzenia przy zlewie

Godzinę później skończyłam obierać ziemniaki, nastawiłam je na gazowej kuchence i zabrałam się za krojenie sera. Mojego sera. Camembert był idealny — z białą, aksamitną skórką i miękkim, niemal płynnym środkiem.

Do kuchni weszła Beata Jabłońskiówna. Szukała soli.

— Tam, na półce, w żółtym pojemniku — podpowiedziałam, układając kawałki sera na drewnianej desce.

Beata sięgnęła po pojemnik, po czym zerknęła na ser.

— Ładnie to robisz, Katarzyno. I smacznie wygląda. — Przestąpiła z nogi na nogę, jakby wahała się, czy mówić dalej. — Posłuchaj, nie odpuszczaj Mariuszowi. Bo on już całkiem stracił poczucie granic.

Podniosłam na nią wzrok. Beata zwykle milczała albo przytakiwała Teresie Pawlakównie.

— O czym pani mówi? — zapytałam.

Blaskot