Zatrzymałam samochód przy przekrzywionym płocie ogródka działkowego. Furtka była otwarta na całą szerokość, jakby ktoś nawet nie zadał sobie trudu, żeby ją domknąć. Przy murowanym grillu stał Mariusz Witkowski i obracał szaszłyki na ruszcie.
— Długo wam zeszło, wielkomiejscy państwo — rzucił, nawet się nie odwracając.
Mój mąż, Karol Sobczak, wysiadł pierwszy. Przeciągnął się, aż chrupnęło mu w karku, po czym ruszył przywitać się z bratem. Ja tymczasem podniosłam klapę bagażnika. W środku czekały cztery wypchane torby z marketu: karkówka, świeże warzywa, węgiel i trzy opakowania moich serów — camembert, gouda oraz stracciatella. Robiłam je własnoręcznie. To była moja praca i mój mały interes: niewielki, ale pewny.
— Karol, bracie, pomóż wyjąć zakupy — zawołał Mariusz.
Karol bez sprzeciwu sięgnął po jedną torbę. Oczywiście tę najlżejszą, z pieczywem i zieleniną. Ja wzięłam dwie pozostałe, ciężkie od mięsa i serów. Plastikowe uchwyty natychmiast wpiły mi się w palce tak mocno, że zbielały mi knykcie.

Dopiero wtedy Mariusz łaskawie się odwrócił. Miał na sobie poplamiony tłuszczem fartuch — ten sam, który rok wcześniej podarowałam teściowej na Dzień Kobiet.
— Katarzyna, rzuć kluczyki od auta na stół — powiedział, wskazując szczypcami w stronę werandy. — Potem przestawię swój samochód, to i twój odsunę, żeby nie tarasował przejazdu. Bo stanęłaś prawie na środku drogi.
Spojrzałam na brelok w dłoni. Mariusz uwielbiał korzystać z mojego samochodu. Jego stary zagraniczny wóz od dawna prosił się o warsztat, a mój był nowy. Minęłam grill i położyłam kluczyki na drewnianym stole ustawionym przy wejściu do domku.
Z letniej kuchni wyszła teściowa, Teresa Pawlakówna. Wycierała dłonie w kuchenny ręcznik.
— No nareszcie! — zawołała, rozkładając ręce. — Katarzynko, przywiozłaś ten swój ser? Beata Jabłońskiówna tak prosiła, tak się dopominała.
— Przywiozłam, pani Tereso — odparłam i postawiłam torby na ławce.
— A czemu tak mało? — Mariusz zajrzał do środka. — Przecież tego dla dwudziestu osób nie wystarczy. Rodzina zjeżdża się całą gromadą. Wujek Janusz, Beata z mężem, siostrzeńcy, bratankowie. Będzie uczta!
— Są trzy kilogramy — odpowiedziałam spokojnie. — Wystarczy.
— Skąpisz — prychnął z uśmiechem Mariusz. — Przecież sama to robisz. Mogłaś przywieźć całą skrzynkę. Jesteśmy rodziną.
Powiedział to lekko, niemal żartobliwie. Ja wyjęłam z torby pojemnik z zamarynowanym mięsem, ale Mariusz od razu odebrał mi go z rąk.
— O, marynata nawet niezła — ocenił, pochyliwszy się nad pojemnikiem. — Uczysz się. Idź do kuchni, matka kroi warzywa, przyda jej się pomoc. A my z Karolem zajmiemy się męskimi sprawami.
Te „męskie sprawy” polegały na piciu piwa z plastikowych kubków i patrzeniu, jak żarzą się węgle.
Weszłam do letniej kuchni. Pachniało tam smażoną cebulą i starą ceratą. Na stole piętrzyły się nieumyte pomidory i ogórki.
— Katarzyna, bierz nóż i krój grubo — zarządziła Teresa Pawlakówna. — Szybciutko, goście będą za godzinę. Trzeba jeszcze obrać ziemniaki. Wiadro stoi przy umywalce.
Wskazała plastikowe wiadro ustawione pod ścianą. Dziesięć litrów ziemniaków oblepionych ziemią.
— Pani Tereso, umawialiśmy się przecież, że każdy przywiezie coś od siebie — powiedziałam, sięgając po nóż.
Teściowa westchnęła tak ciężko, jakbym kazała jej rozładować cały wagon.
— Katarzyno. To my jesteśmy gospodarzami. Działka jest moja. Mariusz pilnuje grilla. Ty tylko kupiłaś produkty i teraz trochę pokroisz. Naprawdę tak trudno zrobić coś dla rodziny?
Popatrzyłam przez okno. Mariusz stał przy grillu i smażył mięso, które ja kupiłam i zamarynowałam. Na węglu, który też ja przywiozłam. Na działce, której nowy dach został opłacony z moich pieniędzy.
Odwróciłam wzrok od okna i zaczęłam kroić pomidory.
Część 2. Zjazd gości
Samochody zaczęły podjeżdżać około drugiej po południu. Jedne starsze, pamiętające lepsze czasy, inne używane sedany z koreańskimi znaczkami na masce. Furtka trzaskała raz po raz, bez chwili przerwy.
W sumie pojawiły się dwadzieścia dwie osoby. Ciotki, wujkowie, dalsi kuzyni, siostrzeńcy i bratankowie. Rodzina Karola zbierała się tak każdego lata. Nazywano to „rodzinną tradycją”. W praktyce ta tradycja oznaczała, że wszyscy przyjeżdżali, siadali przy długim stole, jedli, pili i narzekali, że wszystko zrobiło się potwornie drogie.
Stałam przy zlewie i płukałam zieleninę. Z kranu przy umywalce sączyła się cienka strużka wody, tak lodowatej, że aż bolały od niej kości.
— Katarzyna! Gdzie są czyste ręczniki? — krzyknęła z werandy Beata Jabłońskiówna.
— W górnej szufladzie komody! — odkrzyknęłam.
— To przynieś je tutaj, bo sama nie mogę teraz odejść od stołu!
