Obok niej rozsiadła się młodsza siostra, Agata — koścista kobieta o pociągłej twarzy, ostrym nosie i spojrzeniu, w którym trudno było doszukać się choćby odrobiny życzliwości. Obie popijały herbatę i półgłosem wymieniały jakieś uwagi. Kiedy Katarzyna pojawiła się przy furtce, Jolanta nawet nie uznała za stosowne się przywitać. Zamiast tego przesunęła po synowej chłodnym wzrokiem od stóp po czubek głowy, zatrzymując się najpierw na jasnych spodniach, potem na lekkiej bluzce.
— A ty co, na przyjęcie się wystroiłaś? — rzuciła zamiast „dzień dobry”. — Marsz się przebrać w coś starego. W łaźni stoi wiadro z rzeczami. Weź też gumowce, a tych swoich adidasów nie brudź, bo pewnie sporo kosztowały. Znowu za pieniądze męża kupione, co?
Katarzyna przełknęła i tę obelgę bez słowa. Poszła do małej łaźni stojącej w rogu działki i znalazła wskazane wiadro. To, co Jolanta nazwała gumowcami, okazało się popękanymi, dziurawymi kaloszami z rozprutą podeszwą. Robocze ubranie, które dla niej przygotowano, cuchnęło stęchlizną, a na plecach miało ogromną dziurę. Katarzyna zacisnęła zęby. Nie zamierzała wkładać na siebie tych łachmanów. Postanowiła wrócić do samochodu po własne stare rzeczy.
Gdy wyszła z łaźni, zauważyła, że Jolanta i Agata zniknęły z ganku i weszły do domu. Katarzyna skierowała się po schodkach, chcąc poprosić przynajmniej o normalne buty albo klucz do szopy z narzędziami. Wtedy dobiegły ją głosy. Okno werandy było uchylone, więc każde słowo docierało do niej wyraźnie i wbijało się w pamięć jak gwóźdź.
— Jolka, po co ty się z nią tak obchodzisz? — cedziła Agata. — Skoro przyjechała, to niech haruje. Ten twój Marek całkiem ją rozpuścił. Patrzcie ją, zachciało się paniusi po kurortach jeździć.
— Nie rozpuścił — odparła Jolanta sucho. — Wczoraj mu powiedziałam: jak żony nie przyślesz, to nawet nie wracaj do domu. Od razu oddzwonił i zapewnił, że ją przyśle. Nigdzie mi się nie wymknie. Niech odpracuje to, co zjada. Zasłony też ma powiesić, bo ja już za stara jestem, żeby po drabinach łazić. A jej fanaberii nie będziemy wspierać. Wymyśliła sobie wypoczynek. Nie po to ja syna wychowywałam.
Katarzyna zastygła pod ścianą, z palcami wbitymi w framugę. Każde zdanie uderzało ją prosto w twarz. Nagle, z bolesną jasnością, przypomniała sobie dzień, w którym wzięła kredyt na samochód. Marek przysięgał wtedy, że będzie ją woził do pracy, odbierał dzieci ze szkoły i zachowywał się jak prawdziwa głowa rodziny. A teraz jego matka mówiła tak, jakby miał prawo nie pozwolić żonie odpocząć, bo ona, Katarzyna, powinna wszystko „odpracowywać”. Serce zaczęło jej bić nierówno.
Odwróciła się bezszelestnie i wróciła do auta. Na tylnym siedzeniu leżały stare dżinsy i znoszone trampki. Przebrała się, a kiedy po chwili weszła do domu, na lodówce zobaczyła listę. Cztery kartki w kratkę zapisane drobnym, ciasnym pismem. Policzyła punkty — było ich czterdzieści osiem. Wyrwać chwasty w malinach. Przebrać ziemniaki w piwniczce. Poprawić eternit na dachu szopy. Rozrzucić kupę obornika. Pomalować płot. Zamontować karnisz i zawiesić zasłony w domu. Udrożnić szambo.
Katarzyna wyjęła telefon i sfotografowała listę. Potem zrobiła zdjęcia dziurawym kaloszom, brudnemu roboczemu ubraniu i obu zadowolonym krewnym, które znów siedziały przy herbacie, jakby właśnie urządzały sobie spokojne przedpołudnie. Następnie obeszła maliny i schowała się w miejscu niewidocznym z okien. Dopiero tam wybrała numer. Sygnał ciągnął się długo, lecz w końcu po drugiej stronie ktoś odebrał.
— Emilia? Cześć. Tu Katarzyna.
— Kaśka? Ile to już lat! Co ty dzwonisz o takiej porze? Coś się stało?
— Mam do ciebie pytanie. Ty dalej zajmujesz się sprawami rodzinnymi? Rozwody, podziały majątku i takie rzeczy?
— Tak. Kancelaria „Prawo i Ochrona”, starszy specjalista od rozwodów — odpowiedziała Emilia z lekką ironią. — A co, u ciebie zanosi się na rozwód?
Katarzyna westchnęła ciężko i usiadła na ławce obok przekrzywionej szklarni.
— Powiedz mi jako prawniczka. Jeśli kogoś zmusza się do pracy w ogrodzie, do dźwigania ciężkich rzeczy, do wchodzenia na dach bez uprawnień i zabezpieczenia… to jest w ogóle legalne?
— Jak to: zmusza? Gdzie ty jesteś?
— Na działce u teściowej. Mąż mnie tu wysłał. Wczoraj powiedziałam mu, że wykupiłam weekendowy wyjazd, a on oznajmił, że mam jechać pomagać jego matce. I że nie mogę odmówić, bo on zwyczajnie mnie nie słucha.
W słuchawce zapadła cisza. Po chwili Emilia odezwała się już zupełnie innym tonem — twardym, rzeczowym, zawodowym.
— Katarzyna, słuchaj mnie uważnie. Jesteś dorosłą, w pełni zdolną do czynności prawnych osobą. Nikt nie ma prawa zmuszać cię do pracy bez twojej zgody. To po pierwsze. Po drugie, jeśli każą ci wykonywać niebezpieczne czynności, na przykład wchodzić na dach, i coś ci się stanie, twoja teściowa może ponieść odpowiedzialność, nawet karną. Po trzecie, dokumentuj wszystko. Każde polecenie, każde słowo. Masz w telefonie dyktafon? Nagranie rozmowy, w której sama uczestniczysz, może zostać użyte jako dowód. Rób zdjęcia, nagrywaj filmy. I najważniejsze: czy ty komuś jesteś potrzebna w takim stanie? Masz dzieci. Nie właź nigdzie, rozumiesz?
— Rozumiem.
— Nie, właśnie nie rozumiesz. Jesteś prawniczką, nawet jeśli nie pracujesz w zawodzie. Dyplom przecież masz. Włącz myślenie, Kaśka. Jeśli spadniesz z tego dachu, twoi synowie zostaną z ojcem i babcią. Z ludźmi, którzy wysłali cię do niewolniczej roboty. Naprawdę tego chcesz?
Katarzyna zamknęła oczy. Przed sobą zobaczyła twarze chłopców: Jakuba pochylonego nad zeszytem do matematyki i Michała ściskającego ulubionego pluszowego zająca.
— Dzięki, Emi. Oddzwonię do ciebie.
Rozłączyła się i od razu uruchomiła dyktafon. Telefon wsunęła do kieszeni na piersi tak, by mikrofon był skierowany na zewnątrz. Potem wyszła zza krzaków i ruszyła w stronę ganku. Jolanta już czekała na schodkach, z rękami wspartymi na biodrach i miną osoby, która od dawna traci cierpliwość.
— No i co, naspacerowałaś się? — warknęła. — Idź do piwnicy. Słoiki z ogórkami popękały, zalewa się wylała. Smród taki, że nie da się wejść. Posprzątaj. A przy okazji przebierz ziemniaki, bo część zgniła.
Katarzyna bez słowa skierowała się do piwniczki. Była to osobna, niska budka z ciężką drewnianą klapą. W środku na przewodzie wisiała słaba żarówka, rzucająca żółtawe światło na wilgotne ściany. Zeszła po śliskich stopniach. Natychmiast uderzył ją kwaśny odór zepsutych przetworów. Odnalazła szmatę i zaczęła wycierać kałuże zalewy, starając się oddychać jak najrzadziej. Na krzywej półce zauważyła worek cementu, postawiony tam wyraźnie bez żadnego sensu. Sięgnęła po szmatę, zahaczyła nogą o worek, a ten z hukiem osunął się prosto na nią. Poślizgnęła się i straciła równowagę.
