…zgodzi się na każdą kwotę”.
Marek nie zamierzał więc jedynie odciąć mnie od wody na weekend, żeby później wkroczyć z miną wybawcy i odegrać rycerza na białym koniu.
Zamówił materiały budowlane w firmie swojego dawnego kolegi ze szkoły, i to za cenę trzykrotnie wyższą od normalnej.
Innymi słowy, ten samozwańczy „pan domu” planował nie tylko urządzić mi pokazową lekcję bezradności, lecz także wyprowadzić z domowego budżetu około 1935 zł za coś, co na najbliższym składzie budowlanym kosztowało najwyżej 645 zł.
Resztki współczucia dla męża wyparowały ze mnie bez śladu. Została chłodna, zwyczajna kalkulacja.
W ciągu dwóch godzin znalazłam bezpośredniego dostawcę z hurtowni. Trzy minuty wystarczyły, żeby ustalić dostawę na sobotni poranek.
Kolejny kwadrans poświęciłam na lokalne forum, gdzie wyłowiłam rozsądnego fachowca, pana Waldemara. Zgodził się wszystko zamontować za uczciwe pieniądze, a nie za te kosmiczne stawki, które Marek zwykł usprawiedliwiać „trudnością męskiej roboty”.
Weekend na działce okazał się nie tylko pożyteczny. Miał w sobie jeszcze ten szczególny, cynicznie przyjemny posmak satysfakcji.
W sobotę pan Waldemar przywiózł wszystko zgodnie z listą, założył nową pompę, przerobił plastikowe połączenia, wymienił złączki i uruchomił całą instalację.
Stare urządzenie, które rzekomo nadawało się wyłącznie na złom, rozebrał przy mnie od ręki. Przyczyną awarii okazała się drobnostka — zwyczajnie poluzował się styk. Fachowiec zabrał pompę na części, a mnie odliczył za nią jeszcze 215 zł.
W niedzielę około siedemnastej domek pachniał świeżo skoszoną trawą.
Nowa pompa tłoczyła wodę z zapałem młodego przodownika pracy, a ja siedziałam na werandzie i układałam przed sobą paragony, karty gwarancyjne oraz dokumenty dostawy.
Układanka wyglądała perfekcyjnie. Pozostawało tylko poczekać na gości.
Furtka skrzypnęła punktualnie o szóstej. Na ścieżce ukazały się dwie postacie.
Na przedzie kroczyła teściowa, dostojna i surowa niczym komisja kontrolna przybyła na miejsce katastrofy. Za nią wlókł się Marek, z miną udręczonego Atlasa, który dźwiga na barkach cały świat.
Najwyraźniej spodziewali się zastać ruinę, wyschnięte grządki i mnie w spazmach rozpaczy, z kluczem francuskim w zaciśniętej dłoni.
— No i co, Katarzynko? — zaczęła Barbara, zanim zdążyła dojść do schodków. Jej głos ociekał słodkim, lepkim jadem.
