W końcu wymamrotał kilka ugodowych zdań i zapewnił, że rozmówi się z bratem.
I rzeczywiście to zrobił. Tyle że miesiąc później, podczas grilla na działce, wyszło na jaw, jak wyglądała ta słynna rozmowa. Cała jego interwencja sprowadziła się do żałosnego:
— Konrad, daj spokój mojej żonie, ona wszystko bierze do siebie.
Wtedy zrozumiałam, że kłopot nigdy nie leżał we mnie.
Konrad Kozłowski, pozbawiony możliwości dziobania nowej bratowej, natychmiast przerzucił się na najbliższych. Najpierw oberwało się Julii Kwiatkowskiównie.
— No i co, Julka, znowu sama wymieniałaś zderzak w aucie? — zakpił. — Przy twoim charakterku to nic dziwnego. Tylko z kluczem francuskim możesz spać, skoro faceta nie umiałaś przy sobie zatrzymać.
Potem za cel obrał własną żonę, Edytę Marciniakównę, bo według niego źle zamarynowała mięso.
— Moja to już w ogóle ma dwie lewe ręce. Gdyby nie ja, żywilibyśmy się zupkami z proszku.
Kobiety znów przykleiły do twarzy te same porcelanowe uśmiechy.
Poczucie humoru Konrada przypominało kosiarkę, której puściły hamulce: hałasowało, jechało bezmyślnie i zawsze cięło po żywym.
Już miałam go ustawić do pionu, kiedy Paweł pod stołem zacisnął palce na mojej dłoni. Nachylił się i szepnął błagalnie:
— Proszę cię, nie nakręcaj tego.
Spokojnie wysunęłam rękę z jego uścisku.
— Niczego nie nakręcam. Po prostu wychodzę z miejsca, w którym chamstwo udaje dowcip.
Wzięłam torebkę i ruszyłam w stronę furtki.
Nie wyglądało to jak ucieczka. Raczej jak spokojny krok w bok. Zostawiłam ich przy tym stole, żeby dalej gotowali się we własnym trującym sosie.
Wieczorem, już w domu, rozmowa była krótka.
— Nie pojadę na żadne kolejne rodzinne spotkanie, dopóki sam nie zakręcisz tego kranu z obelgami, który odkręca twój brat — powiedziałam twardo. — I nie próbuj mnie przekonywać. Moje „nie” jest z betonu.
Następnego dnia zadzwoniła do mnie siostra Pawła, Julia.
— Katarzyno, dziękuję ci — powiedziała drżącym głosem. — Od lat znosimy jego docinki ze względu na mamę, żeby nie robić awantur. A wczoraj, kiedy wyszłaś, Edyta po raz pierwszy pokłóciła się z nim już w samochodzie.
Okazało się, że złość narastała w nich od dawna. Brakowało tylko iskry, która pozwoliłaby im przestać udawać, że nic się nie dzieje.
Nie zamierzałam występować w roli wybawicielki z transparentem, ale tym bardziej nie chciałam płacić własnymi nerwami za cudzą wygodę.
Paweł wreszcie pojął, że nie straszę dla efektu. Tym razem zagrożone były nie rodzinne biesiady, lecz nasze małżeństwo.
