— W wieku czterdziestu dwóch lat wychodzić za majętnego faceta to jednak skok do ostatniego wagonu, Katarzyno Michalskiówno.
Starszy brat mojego męża oznajmił to donośnie, z rozbrajającą wesołością, tak aby usłyszał go cały stół, po czym nałożył sobie kopiastą porcję sałatki.
— Więc dogadzaj Pawłowi Górskiemu, staraj się, ile możesz. Bo przystojny z niego chłop, długo się nie obejrzy, a wymieni cię na młodszą.
Mówiąc to, Konrad Kozłowski promieniał takim samozadowoleniem, jakby właśnie wygrał wielką bitwę o dziecięcą piaskownicę.
Przez moment nad stołem zapadła cisza.

Zaraz potem jego żona, Edyta Marciniakówna, oraz siostra braci, Julia Kwiatkowskiówna, wydały z siebie posłuszne, sztywne chichoty.
Mój świeżo poślubiony mąż uśmiechnął się przepraszająco. Jakby chciał powiedzieć: no cóż, u nas Konrad już taki jest, rodzinny żartowniś.
Ostrożnie odłożyłam widelec na brzeg talerza.
To była nasza pierwsza większa kolacja w gronie jego bliskich po ślubie i od razu stało się dla mnie jasne, kto tu komu pozwala na zbyt wiele.
— W wieku czterdziestu dwóch lat przynajmniej wyszłam za mąż z miłości — powiedziałam spokojnie, bez podnoszenia głosu. — A pan, Konradzie Kozłowski, mając pięćdziesiąt lat, nadal musi budować własną wartość, poniżając kobiety. Proszę uważać, żeby Edyta Marciniakówna któregoś dnia nie odkryła, jak cicho i przyjemnie bywa bez pańskiego poczucia humoru.
Uśmiech spłynął z twarzy naczelnego komika tej rodziny tak gwałtownie, jakby ktoś zdmuchnął go podmuchem wiatru.
Konrad poczerwieniał po uszy i z miną człowieka śmiertelnie obrażonego spojrzał na matkę.
Teściowa wbiła we mnie wzrok, jakbym na środku obrusu zaczęła oprawiać surowego dzika.
Paweł Górski pośpiesznie zmienił temat, ale atmosfera w pokoju zgęstniała tak bardzo, że niemal dało się ją kroić nożem.
W samochodzie, kiedy wracaliśmy do domu, mąż westchnął ciężko.
— Katarzyno Michalskiówno, po co od razu tak ostro? Konrad Kozłowski tylko żartuje. U nas w rodzinie tak się rozmawia. Nie bierz tego do siebie.
Odwróciłam się w jego stronę i odpowiedziałam równie cicho jak wcześniej:
— Pawle Górski, rodzina, w której kobiety mają się uśmiechać, kiedy ktoś na nie pluje, nie jest zżyta. Jest tresowana.
Zrobiłam krótką przerwę, patrząc mu prosto w oczy.
— Ja do waszego cyrku tresowanych pudli nie przyszłam na etat. Jeśli twój brat nie potrafi trzymać języka za zębami, za każdym razem usłyszy odpowiedź. Publicznie. A ty będziesz musiał zdecydować, po której stronie stoisz.
Paweł Górski nie od razu znalazł słowa.
