— Jakub powiedział mi o wszystkim dopiero dwie godziny temu — dodałam, tuląc Milenę, która od hałasu zesztywniała mi w ramionach. — Nie miałam żadnej możliwości, żeby zdążyć z przygotowaniami.
W tej samej chwili z pokoju wyskoczył rozpromieniony Jakub.
— Mamo! Tato! Wchodźcie, no chodźcie! — rzucił się ściskać krewnych, jakby właśnie spełniało się jego największe marzenie. — Katarzyna trochę się nie wyrobiła, ale spokojnie, zaraz coś ogarniemy.
— Jak to się nie wyrobiła? — Marcelina Marciniakówna, jego siostra, matka trójki dzieci, zmierzyła mnie spojrzeniem pełnym wyrzutu. — Przecież siedzisz całymi dniami w domu. I masz tylko jedno dziecko. Ja przy trzech dziewczynkach potrafiłam przed wizytą gości zrobić trzy sałatki i jeszcze ciepły obiad.
— Marcelina, dzieci naprawdę bywają różne — próbowałam odpowiedzieć, czując, jak łzy zaczynają mnie piec pod powiekami. — Milenie idą zęby, prawie wcale nie śpi.
— Oj, już się tak nie tłumacz — mruknął teść, przechodząc do salonu. — Jakub, włącz telewizor, zaraz zaczyna się mecz. Elżbieto, Marcelina, pomóżcie dziewczynie w kuchni, bo my tu z głodu padniemy. Trzy godziny jechaliśmy.
Elżbieta Dudekówna weszła do kuchni, zajrzała do lodówki i z rozczarowaniem cmoknęła językiem.
— No pięknie, Katarzyna. Gospodyni z ciebie, nie ma co… Mojego syna też tak głodzisz? Dobra, nie ma czasu na gadanie. Jakub! Chodź tu zaraz!
Mąż wychylił się zza framugi.
— Co jest, mamo?
— Leć do sklepu. Weź ze dwie duże paczki pierogów, jakąś kiełbasę, ser, pieczywo. Skoro twoja żona nie potrafi przygotować normalnego obiadu, to będziemy się ratować gotowcami.
Jakub spojrzał na mnie z niezadowoleniem, jakby to wszystko było wyłącznie moją winą.
— Kasia, naprawdę nie mogłaś chociaż ziemniaków obrać? Dobra, daj pieniądze, skoczę.
— Nie mam gotówki. Karta leży na szafce przy łóżku — odpowiedziałam bezbarwnie.
Po pół godzinie w kuchni wrzało, lecz ja czułam się tam jak intruz. Elżbieta z Marceliną trzaskały garnkami, głośno rozmawiały i co chwilę rzucały kąśliwe uwagi, niby mimochodem, ale tak, żebym na pewno usłyszała.
— Matko, jakie tępe noże. Mężczyzna w domu jest, a nie ma komu ich naostrzyć — burczała teściowa.
— Mamo, tu po prostu nie ma żadnego porządku — dopowiadała Marcelina, z hukiem wyciągając patelnię z szafki. — Popatrz na okap, cały w kurzu. Jak się siedzi w domu, to można chyba dopilnować czystości.
Siedziałam w fotelu w sypialni, kołysząc Milenę, a przez uchylone drzwi docierało do mnie każde słowo. Coś we mnie wtedy pękło. Spadło na mnie potworne, ciężkie jak ołów zmęczenie. Chciałam tylko osunąć się na podłogę, zamknąć oczy i już nigdy się nie podnieść.
Najgorsze jednak było to, że zaczynało mi być wszystko jedno. Ich oceny, te pierogi, kurz na okapie, cały ten pokaz rodzinnej wyższości. Bolało mnie do skurczu w gardle tylko jedno: Jakub ani razu nie stanął po mojej stronie. Nie powiedział choćby jednego zdania w mojej obronie. Przeciwnie — przytakiwał im, uśmiechał się przepraszająco i zachowywał tak, jakbym naprawdę zawiodła wszystkich obecnych.
Pod wieczór, bliżej osiemnastej, zawołano mnie do stołu. A właściwie Jakub zajrzał do sypialni i krzyknął:
— Kasia, chodź, gotowe. Połóż Milenę, niech śpi.
— Ona nie śpi, Jakub.
— To weź ją ze sobą. Posiedzisz z nami.
W salonie panował ścisk nie do opisania. Przy rozłożonym stole siedziało dwanaście osób. Na półmiskach piętrzyły się pierogi, obok leżała wędlina, ser, pieczywo i jakieś kiszonki, które teściowa przywiozła ze sobą. Hałas był taki, że trudno było zebrać myśli. Wuj Piotr zdążył już nalać sobie i teściowi po kieliszku.
— No to za spotkanie! — oznajmił donośnie.
Usiadłam na samym brzegu krzesła, trzymając Milenę na kolanach. Mała marudziła, wierciła się, ciągnęła mnie za włosy i odpychała ręką, jakby sama nie wiedziała, czego chce. Próbowałam sięgnąć po kromkę chleba, kiedy odezwała się Elżbieta:
— Katarzyna, założyłabyś dziecku czapeczkę, od okna ciągnie. I w ogóle czemu ona nadal nie dostaje normalnego jedzenia? Mój Jakub w jej wieku jadł już zupę z naszego stołu.
— Wystarcza jej mleko — odparłam cicho, nie podnosząc wzroku.
— Ach, te dzisiejsze mody — prychnęła Marcelina, przeżuwając pieroga. — Nasłuchają się w internecie jakichś blogerek, a potem dzieci blade i chude. Jakub, dołożyć ci? Bo żona raczej o to nie zadba.
Jakub uśmiechnął się i podsunął talerz matce.
— Dołóż, mamusiu. Twoje pierogi zawsze są najlepsze. Nawet kupne przy tobie smakują lepiej.
Cały pokój wybuchnął śmiechem, a ten śmiech uderzył mnie w uszy jak policzek.
