— Wypijcie, zanim Dorota Adamczykówna zauważy — szepnęła cicho. — U nas nie ma zwyczaju przejmować się tymi, którzy są na dole.
— Na dole? — powtórzyłam, jakbym nie zrozumiała.
— No… tymi, którzy nie stoją za ladą i nie siedzą w gabinecie.
— A kto właściwie ustala, gdzie komu przypada góra, a gdzie dół?
Katarzyna Michalakówna drgnęła, jakbym wypowiedziała zdanie, za które można było ponieść karę.
— Ciszej, proszę. Tutaj za jedno niepotrzebne słowo potrafią obciąć zmiany.
— Komu już obcięli?
Spojrzała nerwowo w stronę drzwi.
— Natalii Zającównie. Jest u nas kelnerką. Zapytała, dlaczego w dokumentach widnieje jedno, a w kuchni dzieje się drugie. Od tamtej pory dostaje mniej godzin.
— Co dokładnie jest w tych dokumentach?
Katarzyna zacisnęła usta, jakby walczyła ze sobą.
— Obiady. W zestawieniu wpisuje się dwadzieścia siedem porcji. A gotujemy najczęściej dziewięć. Reszcie mówi się, że im się nie należy.
Nie od razu odwróciłam głowę w jej stronę. Różnica była zbyt oczywista, żeby dało się ją przeoczyć. A skoro była oczywista, ktoś musiał ją widzieć. Jeśli więc nikt nie mówił, to nie dlatego, że nie zauważał. Milczeli, bo się bali.
— Kto podpisuje te wykazy? — zapytałam.
— Dorota Adamczykówna. Czasem przyjeżdża też Michał Michalski.
— On o tym wie?
Katarzyna wyglądała tak, jakby przełknęła odpowiedź razem z oddechem.
— On wie wszystko.
W tej samej chwili do pomieszczenia gospodarczego weszła Dorota Adamczykówna.
— Katarzyno, od tej dobroci zaraz zupa wykipi — powiedziała przesłodzonym tonem. — A pani, pani Anno, niech nie podpiera ściany. Korytarz sam się nie umyje.
— Oczywiście — odparłam spokojnie.
— I proszę oddać kubek. Mówiłam już: dla osób tymczasowych posiłków nie przewidziano.
Katarzyna spuściła wzrok. Wzięłam ścierkę i wyszłam na korytarz.
W porze obiadu do restauracji wszedł Michał Michalski. Usłyszałam go jeszcze z sali — mówił donośnie, pewnie, jak ktoś, kto nie musi pytać o pozwolenie. Roześmiał się z barmanem, skinął kucharzom, nie dostrzegając albo udając, że nie dostrzega, jak natychmiast przycichli.
Dorota Adamczykówna wyprostowała plecy i ruszyła mu naprzeciw.
— Panie Michale, wszystko u nas spokojnie — oznajmiła. — Tylko nowa sprzątaczka okazuje trochę za dużo ciekawości.
— Jaka sprzątaczka?
Popatrzył na mnie. Jego wzrok przemknął po chustce, fartuchu i wiadrze, po czym odpłynął dalej. Nie rozpoznał mnie.
— Ta — Dorota wskazała mnie brodą. — Wypytywała o obiad.
— Anna Wieczorekówna, tak? — odezwał się Michał.
— Tak.
— Wyjaśniono pani zasady?
— Powiedziano mi, że jedzenie nie jest dla mnie.
Uśmiechnął się krzywo.
— Czyli wyjaśniono. U nas każdy robi to, co do niego należy.
— A jeśli ktoś pracuje cały dzień?
— Wtedy dostaje wynagrodzenie. Proszę nie mylić pracy z wizytą u rodziny.
Dorota uśmiechnęła się tak, jakby właśnie wręczono jej nagrodę.
— Dokładnie to powiedziałam.
— No i dobrze — Michał odwrócił się do niej. — Tę teczkę od żywienia proszę mi później przynieść.
Podniosłam oczy.
— Od żywienia?
Michał zatrzymał na mnie spojrzenie odrobinę dłużej niż wcześniej.
— Pani to nie dotyczy.
— Po prostu znam to słowo.
— Sprzątaczka zna słowo „żywienie”? — parsknęła Dorota. — Jaka oczytana.
— Doroto Adamczykówno — powiedział Michał łagodnie. — Nie traćmy czasu.
Wszedł do gabinetu. Dorota odprowadziła go wzrokiem niemal pełnym zachwytu, a potem znów spojrzała na mnie.
— Widzi pani? Tutaj o wszystkim decydują wyżej.
