— Widziałam.
— To proszę pamiętać, żeby głowy za wysoko nie podnosić.
Skinęłam tylko i wróciłam do wiadra.
Po obiedzie podeszła do mnie Natalia Zającówna. W jej oczach wciąż było coś prostego i żywego, coś, co w tym miejscu najwyraźniej próbowano systematycznie zdusić. Niosła stos talerzy, ale zatrzymała się obok mnie tak, jakby zrobiła to zupełnie przypadkiem.
— Niech pani z nimi nie dyskutuje — powiedziała cicho. — Straci pani zmianę.
— A pani co straciła?
Uśmiechnęła się krzywo, bez cienia wesołości.
— Grafik. Pieniądze. Spokój.
— Za co?
— Za listy. Raz odmówiłam podpisania się za obiad, którego wcale nie dostałam. Dorota powiedziała, że zaczynam się stawiać. A potem Michał Michalski wytłumaczył mi, że sieć jest duża, koszty skomplikowane, a ja jestem nikim ważnym.
— Uwierzyła mu pani?
— Nie. Ale potrzebuję pracy.
Wykręciłam ścierkę i odstawiłam wiadro bliżej ściany.
— Ma pani coś więcej niż same słowa?
Natalia zesztywniała.
— A po co to pani?
— Chcę wiedzieć, gdzie kończą się plotki, a zaczyna prawda.
Patrzyła na mnie długo, jakby ważyła, czy nie popełnia właśnie błędu. W końcu wsunęła dłoń do kieszeni i wyjęła złożoną kartkę.
— Nie wiem, czemu ją zostawiłam. Może po to, żebym sama nie wmówiła sobie, że wszystko wymyśliłam.
Na papierze była kopia wykazu. Na dole widniały podpisy pracowników. Przy nazwisku Natalii stał podpis, ale nie jej ręką.
— To nie pani charakter pisma? — zapytałam.
— Nie. Tamtego dnia odmówiłam.
— Kto podpisał za panią?
— Nie mam pojęcia. Wiem tylko, że kartka trafiła do Doroty.
— Mogę zatrzymać tę kopię?
— Pod warunkiem, że nie powie pani, że dostała ją ode mnie.
— Nie powiem.
Natalia zacisnęła usta.
A wszystko zaczęło się od zwykłej szklanki herbaty.
— Proszę to odstawić. To nie jest dla pani — rzuciła administratorka i dwoma palcami przesunęła ode mnie szklankę, jakby dotknięcie jej całą dłonią mogło ją czymś skalać.
Stałam przy służbowym stole w wyblakłym fartuchu. Obok leżała moja torba, na krawędzi blatu brzęknął pęk kluczy, a podłoga w korytarzu nadal lśniła od wody po myciu. Nie przyszłam tu jednak ani po herbatę, ani po darmowy posiłek. Musiałam zrozumieć, dlaczego w moich restauracjach ludzie zaczęli funkcjonować według zasad, o których nikt nie odważał się mówić głośno.
— Kucharka powiedziała mi, że po sprzątaniu można zjeść razem z resztą — odparłam spokojnie. — Zmiana jest długa.
Administratorka nawet porządnie nie oderwała wzroku od telefonu.
— Kucharka nie decyduje. Jedzenie jest dla normalnego personelu. Tymczasowe sprzątaczki przychodzą, myją i wychodzą.
W jej głosie nie było ani zmęczenia, ani wahania. Była w nim wyłącznie wyćwiczona pewność osoby przyzwyczajonej do rozporządzania cudzą godnością. Nie miała pojęcia, że ta sala, kuchnia za ścianą i cała sieć restauracji należą do mnie. Nazywam się Anna Wieczorekówna i w wieku pięćdziesięciu ośmiu lat potrafiłam już bezbłędnie odróżnić zwykłą opryskliwość od bezkarności, która zdążyła zapuścić korzenie.
Dlaczego przyszłam osobiście
Moja sieć liczyła cztery restauracje. Zaczynałam kiedyś od niewielkiej kawiarni: sama przyjmowałam dostawy, płukałam warzywa, stałam za ladą i liczyłam utarg co do ostatniego banknotu. Później interes urósł, a ja krok po kroku odsunęłam się od codziennego zarządzania. Przez ostatnie trzy lata zajmował się tym mój siostrzeniec, Michał Michalski. Przysyłał mi starannie przygotowane sprawozdania.
