— Ty… zamówiłaś taksówkę? Dla mnie?
— A dla kogo miałabym ją zamawiać? Przecież nie dla siebie.
W przedpokoju zapadła cisza tak gęsta, że słychać było tykanie zegara z salonu. Tego starego, ściennego, kupionego na pchlim targu jeszcze w pierwszym roku ich wspólnego życia. Anna śmiała się wtedy, że spóźnia się równo o trzy minuty, a Paweł odpowiadał, że najważniejsze, iż w ogóle chodzi.
— Ty mówisz poważnie — odezwał się w końcu. Tym razem zabrzmiało to już jak pytanie.
— Jak najbardziej.
Na jego twarzy coś drgnęło, coś się przestawiło, choć Anna nie potrafiłaby nazwać tego dokładnie. To nie było już zwykłe zaskoczenie. Raczej głębsze oszołomienie. Jakby szedł drogą, którą znał od lat, i nagle zobaczył przed sobą urwisko.
Telefon w jej kieszeni zawibrował. Wyjęła go i zerknęła na ekran.
— Kierowca napisał, że stoi przy drugiej klatce. Powiedz mu, że chodzi o pierwszą.
Paweł nie ruszył się z miejsca.
Gdzieś na dole, za oknem, krótko piknął klakson.
Jeszcze przez dobre pół minuty stał w korytarzu bez słowa. Potem podniósł torbę, zarzucił plecak na ramię i wyszedł. Nie powiedział już nic. Drzwi zamknęły się cicho, bez trzasku, co z jakiegoś powodu zabolało Annę niemal bardziej, niż gdyby nimi huknął.
Odczekała, aż kroki na schodach ucichną. Dopiero wtedy przeszła do salonu, opadła na kanapę i zapatrzyła się w pustą ścianę.
Zegar nadal tykał. Trzy minuty opóźnienia. Wszystko po staremu.
Nie płakała. Sama była tym zdziwiona, ale naprawdę nie płakała. W środku miała coś w rodzaju dźwięczącej pustki: nie bolało, lecz dobrze też nie było. Trochę tak, jak po długim zaciskaniu pięści. Kiedy wreszcie rozprostowujesz palce, dłoń jest wolna, ale jeszcze nie wie, co z tą wolnością począć.
Telefon leżał na stoliku obok. Anna sięgnęła po niego i otworzyła rozmowę z Pawłem. Ostatnia wiadomość od niego była sprzed dwóch dni: „kupię chleb”. Odłożyła komórkę ekranem do dołu.
Następnego ranka obudziła się o piątej. Przez chwilę leżała w ciemności, wsłuchując się w odgłosy miasta za oknem: pojedyncze samochody, czyjeś głosy na podwórku, gruchanie gołębia na parapecie. Potem wstała, zaparzyła kawę i usiadła z kubkiem przy kuchennym stole.
Cisza okazała się zaskakująca. I dobra. Spokojna.
Paweł zajmował w mieszkaniu mnóstwo przestrzeni dźwiękowej, tylko wcześniej tego nie zauważała. Telewizor włączany przez niego „dla tła”. Wieczorne rozmowy z matką, przeciągające się po czterdzieści minut. Jego nawyk komentowania na głos wszystkiego, co tylko zobaczył albo usłyszał: wiadomości, sąsiadów, ceny w sklepie.
Anna dopiła kawę i pojechała do pracy.
Wykładała historię sztuki w instytucie — niewielkim, prywatnym, ale z dobrą opinią. Tego dnia miała zajęcia o malarstwie niderlandzkim siedemnastego wieku. Studenci, jak zwykle, słuchali jednym uchem, lecz dziewczyna z pierwszego rzędu — chyba Lena Kamińskiówna — patrzyła na nią z tak żywym zainteresowaniem, że Anna mimowolnie zaczęła mówić właściwie do niej.
Po wykładzie zajrzała do niej Dorota Malinowskiówna, koleżanka z pracy. Miała pięćdziesiąt lat, krótką fryzurę, praktyczne podejście do życia i zwyczaj mówienia rzeczy bez zbędnych ozdobników.
— Wyglądasz jak ktoś, kto fatalnie spał, ale mimo wszystko jest z tego zadowolony — stwierdziła, siadając na brzegu biurka.
— Mniej więcej tak właśnie jest.
Anna opowiedziała jej wszystko. Krótko, bez rozgrzebywania szczegółów. Dorota słuchała, nie wchodząc w słowo, a potem tylko skinęła głową.
— I co dalej?
— Nie wiem — odpowiedziała Anna szczerze. — Zobaczymy.
Paweł zadzwonił trzeciego dnia.
Kiedy zobaczyła jego imię na wyświetlaczu, odczekała sekundę, a dopiero potem odebrała.
— No i jak tam u ciebie? — zapytał. W jego głosie było słychać próbę swobody, pod którą kryło się coś zupełnie innego.
— W porządku. A u ciebie?
— Też. — Zamilkł na moment. — U mamy jest dobrze.
— Cieszę się.
Znów pauza. Tym razem dłuższa.
— Słuchaj — zaczął wreszcie — nie myślałaś, że może powinniśmy… pogadać?
— Możemy pogadać — zgodziła się Anna. — Tylko najpierw powiedz mi jedno: wyjaśniłeś już mamie, że przyjechałeś na stałe? Zaczęła już organizować ci szafę?
Po drugiej stronie przez chwilę panowała cisza.
— Jest zadowolona, że przyjechałem — powiedział ostrożnie.
— Oczywiście, że jest.
Anna bez trudu potrafiła sobie wyobrazić tę scenę. Bożena Michalskiówna w szlafroku, z filiżanką herbaty w dłoni, z przyklejonym uśmiechem i miną człowieka, który wreszcie dostał dokładnie to, czego chciał. Syn w domu. Wszystko zgodnie z planem.
— Aniu, no po co ty tak…
— Jak?
— Tak chłodno.
Spojrzała przez okno. Na podwórku dzieci kopały piłkę, a ktoś prowadził psa na smyczy.
— Paweł, ja nie jestem chłodna. Po prostu czekam, aż sam zrozumiesz coś ważnego.
— Co konkretnie?
— Jak zrozumiesz, to mi opowiesz — powiedziała i zakończyła rozmowę.
Następnego dnia zadzwoniła do niej Bożena Michalskiówna.
Anna, uczciwie mówiąc, nie spodziewała się tego. A raczej spodziewała się, tylko nie tak szybko.
— Aneczko — zaczęła teściowa głosem osoby, którą wszystko boli, ale która dzielnie się trzyma. — Tak mi niezręcznie wtrącać się w wasze sprawy…
Oczywiście, że niezręcznie, pomyślała Anna.
— …ale bardzo bym chciała, żebyście się pogodzili. Nie chcę być powodem waszych kłopotów.
— Pani Bożeno — odparła Anna spokojnie — sama pani do mnie zadzwoniła. To właśnie jest wtrącanie się.
Zapadła krótka, ledwie sekundowa cisza, lecz Anna ją wychwyciła. Teściowa nie była przygotowana na taką odpowiedź. Zwykle Anna milczała albo mówiła coś łagodnego, wymijającego.
— Ja tylko pragnę, żeby w rodzinie panował spokój — odezwała się Bożena Michalskiówna już innym tonem, odrobinę mniej cierpiętniczym.
