Na nim stała filiżanka z niedopitą herbatą i talerzyk usiany okruszkami. Po Oliwii Kaczmarekównie nie było widać najmniejszej choroby. Wyglądała dokładnie tak jak zwykle: znudzona, rozleniwiona i kompletnie pozbawiona jakiegokolwiek zajęcia.
Joanna Pawlakówna, z miną pani na włościach, obrzuciła wzrokiem karton trzymany przez Katarzynę Michalskiównę.
— No, wreszcie. Postaw tutaj, na podłodze — rzuciła, wskazując niedbale korytarz. — Tylko uważaj, żebyś mi niczego nie porysowała.
Katarzyna bez słowa pochyliła się i ostrożnie opuściła ciężkie pudło na linoleum. Już miała się wyprostować, rzucić grzeczne „do widzenia” i wyjść, ale teściowa najwyraźniej miała wobec niej inne plany na ten wieczór. Zamiast odsunąć się z drogi, stanęła tak, by zagrodzić przejście.
— Skoro już przyszłaś, to nie stój jak słup soli — odezwała się tonem, którego używała wyłącznie wobec ludzi uznawanych przez siebie za gorszych. — Widzisz przecież, że wszędzie kurz. Oliwcia źle się czuje, mnie plecy bolą. Przetrzyj szybko komodę, a potem jeszcze umyj podłogę w przedpokoju. Nadeptałaś tu z tym kartonem, że strach patrzeć.
Oliwia uniosła głowę znad telefonu. Gdy usłyszała słowa matki, kąciki jej ust same podjechały w złośliwym uśmiechu. Poprawiła się w fotelu, żeby mieć lepszy widok na widowisko, które właśnie miało się rozpocząć. To była jedna z ich ulubionych rozrywek: wspólnymi siłami przycisnąć żonę Mateusza do ściany, a potem skarżyć się jemu, jaka jest niewychowana, leniwa i niewdzięczna.
Katarzyna powoli się wyprostowała. Najpierw spojrzała na ciemną, wypolerowaną komodę, na której leżała warstwa kurzu. Potem przeniosła wzrok na zadowoloną twarz szwagierki. Dopiero na końcu zatrzymała spojrzenie na teściowej. W środku coś jej przeskoczyło. Nie był to ostry trzask tłuczonej filiżanki, lecz głuchy, ostateczny odgłos pękającej liny — tej samej, która przez zbyt długi czas więziła ją w uprzejmości, cierpliwości i cudzych oczekiwaniach. Patrząc Joannie prosto w oczy, odezwała się głosem spokojnym, równym i zaskakująco twardym:
— Nie zatrudniłam się u pani jako pomoc domowa, Joanno Pawlakówno. Ma pani dorosłą córkę, która mieszka pod pani dachem, więc niech ona sprząta własne mieszkanie. Ja jestem żoną pani syna. Razem z Mateuszem mamy swój dom i swoją rodzinę. I na tym koniec.
Przez kilka sekund w mieszkaniu zapanowała cisza tak nienaturalna, jakby nawet telewizor na moment przygasł i stracił głos. Złośliwy uśmieszek Oliwii zastygł na jej twarzy, a potem powoli zniknął, ustępując miejsca oburzeniu pomieszanemu z niedowierzaniem.
Joanna Pawlakówna, zaskoczona tak bezczelnym — w jej mniemaniu — buntem, najpierw nie potrafiła wydobyć z siebie ani słowa. Jej twarz nabrała purpurowego odcienia, usta otwierały się i zamykały bezgłośnie, jak u ryby wyrzuconej na brzeg. Kiedy wreszcie odzyskała głos, nie mówiła już, lecz niemal piszczała.
— Ty… jak ty śmiesz tak się do mnie odzywać, smarkulo?! W moim własnym domu będziesz mi rozkazywać?! Zaraz zadzwonię do Mateusza! Natychmiast się z tobą rozwiedzie! Wyrzuci cię na bruk jak śmiecia!
— Naprawdę pani tak uważa? — spytała Katarzyna spokojnie, niemal z ciekawością.
Nie spuszczając oczu z twarzy teściowej, wykrzywionej gniewem, sięgnęła do kieszeni po telefon. Odnalazła kontakt zapisany jako „Mąż” i nacisnęła połączenie. Joanna, osłupiała, zamilkła w pół oddechu. Katarzyna włączyła tryb głośnomówiący.
— Mateusz, cześć — powiedziała bez podnoszenia głosu. — Twoja mama żąda, żebym umyła u nich podłogi i okna, bo w przeciwnym razie podobno się ze mną rozwiedziesz. Potwierdzasz?
Po drugiej stronie zapadła krótka, ale bardzo wymowna pauza. Zaraz potem w głośniku rozległo się ciężkie, zmęczone westchnienie Mateusza.
— Mamo, daj telefon Oliwii.
Joanna Pawlakówna, nadal patrząc na synową tak, jakby nie mogła uwierzyć w to, co się dzieje, wykonała niezgrabny ruch i podała telefon skamieniałej córce.
— Oliwia — głos Mateusza, słyszany teraz przez wszystkie trzy kobiety, był zimny jak stal — masz pół godziny, żeby doprowadzić mieszkanie do porządku. Jeśli przyjadę i zobaczę, że siedzisz, a Katarzyna za ciebie sprząta, wszystkie twoje rzeczy wylądują w śmietniku. A potem będziesz żyła na własny rachunek. Koniec rozmowy.
Połączenie zostało przerwane.
Katarzyna z uprzejmym uśmiechem wyjęła telefon z rozluźnionych palców Oliwii. Skinęła głową teściowej, która wyglądała, jakby zabrakło jej powietrza.
— W takim razie ja już pójdę — oznajmiła. — Wygląda na to, że szykuje się tu generalne sprzątanie.
Drzwi zamknęły się za nią cicho, z delikatnym, kulturalnym kliknięciem. W ciszy, która opadła na mieszkanie, ten dźwięk zabrzmiał jednak jak wystrzał. Przez kilka sekund Joanna Pawlakówna i Oliwia Kaczmarekówna stały nieruchomo, wpatrzone w drzwi, jakby były bramą do innej rzeczywistości — takiej, do której właśnie straciły dostęp.
Niebieska poświata telewizora nadal bezlitośnie przesuwała się po ścianach i po ich twarzach, zniekształconych gniewem, wstydem oraz bezradnym oszołomieniem.
Pierwsza oprzytomniała Oliwia. Powoli opadła z powrotem w fotel, ale dawna niedbała poza zniknęła; zastąpiło ją sztywne napięcie. Ekran telefonu w jej dłoni zgasł.
— No i co, dopięłaś swego? — syknęła cicho, jadowicie, niemal jak wąż. — Zadowolona jesteś? Mówiłam ci, żebyś jej nie zaczepiała. To nie jest taka dziewczyna, która będzie wiecznie milczeć.
Joanna Pawlakówna odwróciła się gwałtownie. Jej twarz wciąż była purpurowa. Szok powoli zaczynał z niej opadać.
