Trzeci obrót klucza zabrzmiał jak kropka postawiona na końcu bardzo długiego, bardzo męczącego zdania.
Od razu zadzwoniłam po ślusarza. Godzinę później w drzwiach siedziały już nowe zamki, a ciężki metaliczny zgrzyt podziałał na mnie skuteczniej niż tabletka na uspokojenie.
Potem usiadłam przy kuchennym stole. W mieszkaniu panowała cisza. Sąsiedzi z góry wreszcie przestali wiercić, a za oknem wisiał blady księżyc.
Wyciągnęłam kalkulator. Dobrze. Około trzech tysięcy złotych miesięcznie. Rata kredytu — mniej więcej półtora tysiąca. Zostaje drugie tyle. Alimenty… Paweł Witkowski ma oficjalną umowę, więc przez sąd wyciągnę z niego jakieś sześćset pięćdziesiąt, może osiemset sześćdziesiąt złotych. Razem wychodzi ponad dwa tysiące trzysta. Na mnie i Dawida.
I wiecie co? To wcale nie było mniej niż wtedy, gdy utrzymywałam tego wiecznie głodnego knura. Nie będę musiała kupować po pięć kilo mięsa tygodniowo. Nie zapłacę już jego rachunków za telefon ani internet. Nikt nie będzie mi wieczorami jęczał nad uchem o tym, jakie życie jest ciężkie, gdy człowiek nie ma „własnych pieniędzy”.
– Mamo… – Dawid stanął w progu, przecierając zaspane oczy. – Tata poszedł?
– Tak, skarbie. Tata pojechał do babci. Na stałe.
– A my… będziemy teraz biedni?
Przyciągnęłam go do siebie.
– Będziemy wolni, kotku. A to jest dużo ważniejsze. I spokojnie, jutro na pizzę nam wystarczy.
Objęłam syna mocno. Był taki drobny, szczupły, jeszcze dziecko, chociaż czasem próbował udawać dorosłego. I nagle poczułam do Pawła taką wściekłość, że resztki wahania po prostu wyparowały. Jak mogłam znosić to przez tyle lat? Jak mogłam pozwalać, żeby objadał moje dziecko i jeszcze miał pretensje?
Nazajutrz pójdę do prawnika. Od razu złożę pozew o rozwód i wniosek o alimenty. Potem zajrzę do banku, zapytam o restrukturyzację kredytu. Może wydłużą okres spłaty, może rata trochę spadnie. Będzie trudno? Oczywiście, że będzie. Cholera, przecież ja nawet nie wiem, z czego opłacę Dawidowi angielski w przyszłym miesiącu.
Ale dam radę. Kobiety są uparte jak chwasty. Depczą nas, wyrywają, zasypują betonem, a my i tak znajdujemy szczelinę i rośniemy dalej.
Weszłam do sypialni. Po jego stronie łóżka nadal unosił się zapach wody toaletowej, której nadużywał z przekonaniem, że robi wrażenie. Zerwałam pościel, zwinęłam ją w ciasny kłąb i wepchnęłam do pralki, ustawiając najdłuższy program. Niech się wypierze wszystko: zapach, wspomnienia i ta lepka, upokarzająca gorycz.
W szafie nagle zrobiło się podejrzanie przestronnie. Rozwiesiłam swoje sukienki, które dotąd gniotły się w kącie. Kolorowe, ładne, moje. Jedną założę jutro. Bez okazji. Dla siebie.
Paweł dzwonił chyba ze dwadzieścia razy. Bożena Michalskiówna przysłała wiadomość: „Magdalena Jabłońskiówna, popełniasz wielki błąd. Mężczyzna jest głową rodziny. Pomyśl o synu!”.
Pomyślałam, pani Bożeno. Właśnie o nim pomyślałam. Pański synek nie będzie już wyjadał z talerza mojego dziecka.
Zgasiłam światło i położyłam się do łóżka. Po raz pierwszy od dawna nie czułam tej znajomej kuli w gardle. W mieszkaniu pachniało czystością i moim ulubionym lawendowym odświeżaczem.
Jutro zacznie się nowe życie. Niełatwe, pełne liczenia, oszczędzania i planowania każdego wydatku. Ale będzie moje. Naprawdę moje. Bez „osobistych pieniędzy” obcego faceta śpiącego w mojej pościeli.
Zamknęłam oczy. Gdzieś w oddali zawyła syrena, ulicą przemknął samochód. Miasto powoli zasypiało. A ja zasypiałam razem z nim, wiedząc, że rano obudzę się jako właścicielka własnego losu. I własnej lodówki.
A wy zgodzilibyście się utrzymywać męża ze swojej pensji?
