Żal było na to patrzeć, jasne. Tyle że wtedy nie miałam już w sobie miejsca na rozczulanie się.
Potem wszystko zaczęło się nakręcać jeszcze bardziej. Paweł Witkowski ostentacyjnie wracał do domu z torbami z restauracji. Rozsiadał się przy stole i jadł sam, podczas gdy ja z Dawidem dłubaliśmy w kuchni w najzwyklejszej sałatce. Zapach smażonych skrzydełek z KFC albo gorącej pizzy rozlewał się po całym mieszkaniu. Dawid zerkał na ojca takim spojrzeniem, że ściskało mnie w gardle, ale Paweł nawet nie udawał, że zamierza się podzielić.
Trzeciego dnia syn zapytał cicho:
– Mamo, czemu tata nie da mi kawałka pizzy?
Pogładziłam go po włosach, starając się mówić spokojnie.
– Bo tata ma swoje „prywatne pieniądze”, Dawidku. A my mamy wspólne. Chodź, usmażę ci naleśniki, kupiłam mąkę.
I właśnie wtedy coś we mnie ostatecznie zgasło. Jeśli dorosły mężczyzna potrafi bez mrugnięcia okiem objadać się smakołykami, kiedy jego własne dziecko je suche naleśniki, to nie jest ani mężem, ani ojcem. To pasożyt, który tylko nosi obrączkę.
Prawdziwy wybuch nastąpił w piątek. Wróciłam z pracy i w skrzynce na listy znalazłam potwierdzenie zakupu. Dostawa z drogiego sklepu z elektroniką. Odbiorca: Paweł Witkowski. Kwota: około tysiąc siedemset dwadzieścia złotych. Nowy monitor gamingowy.
Weszłam do mieszkania. Paweł siedział w salonie i rozcinał karton wielkości małej szafy. Promieniał tak, jakby właśnie spełniło się jego największe marzenie.
– Popatrz tylko, co za sprzęt! – wyrzucił z siebie, na moment zapominając, że jesteśmy w stanie wojny. – 4K, odświeżanie kosmiczne. Teraz w czołgi będę grał jak mistrz.
Położyłam paragon na stole.
– Tysiąc siedemset dwadzieścia złotych, Paweł? Za poprzedni miesiąc mamy zaległość w kredycie na około sto trzydzieści złotych, bo znowu „nie dołożyłeś” całej kwoty. Dawidowi krzywo rosną zęby, dentystka mówiła, że będzie potrzebował aparatu. A ty kupujesz sobie monitor?
– O matko, tylko nie zaczynaj od nowa! – natychmiast się nastroszył. – Odkładałem na niego trzy miesiące. Ze swojej pensji! Mam prawo!
– Masz – przytaknęłam. – A ja mam prawo nie mieszkać z człowiekiem, który okrada własne dziecko z przyszłości.
Zmarszczył brwi.
– Co ty bredzisz? Jakie okrada?
Nie odpowiedziałam. Poszłam do przedpokoju, wzięłam jego sportową torbę, tę samą, z którą chodził na siłownię, i zaczęłam pakować do niej jego rzeczy. Bez pośpiechu, jedna po drugiej. Koszule z wieszaków. T-shirty. Skarpety. Bieliznę.
– Ej! Co ty wyprawiasz?! – wpadł za mną do korytarza, machając rękami. – Odłóż to! Zwariowałaś?!
– Nie, Paweł. Właśnie po raz pierwszy od dawna odzyskałam rozsądek. Masz piętnaście minut, żeby zabrać resztę. Jedziesz do matki. Ona cię kocha, nakarmi cię i z zachwytem obejrzy twój nowy monitor.
– Nie możesz mnie wyrzucić! Jestem tu zameldowany! – spróbował stanąć mi na drodze, jakby chciał mnie odepchnąć, ale spojrzałam na niego tak, że od razu spuścił z tonu.
– To mieszkanie kupiłam przed ślubem, Pawełku. Nie masz do niego żadnych praw. A meldunek? Jutro składam wniosek do sądu o wymeldowanie. Teraz wychodzisz. Jeśli nie, dzwonię na policję i mówię, że obcy człowiek dobija się do mojego mieszkania.
– Ty… ty jeszcze pożałujesz! – syknął, chwycił torbę, wepchnął do niej monitor, bo priorytety oczywiście miał jasne, i wybiegł za próg. – Sama do mnie przypełzniesz, jak Dawidowi zabraknie pieniędzy na szkolne rzeczy!
Zamknęłam drzwi i przekręciłam klucz. Raz. Drugi raz.
Klik. Klik.
