„moja pensja to moje prywatne pieniądze” — oznajmił Paweł, rozsiadając się przy stole i podkręcając telewizor prawie na cały regulator

To egoistyczne i okrutne, czuję się zdradzona.
Opowieści

Nie miałam mieć udziału w jego „zdobyczy”, choć według niego miałam dalej obsługiwać całe zaplecze jego wygodnego życia.

Tak naprawdę ta awantura nie spadła na mnie nagle. Narastała od miesięcy. Przez ostatnie pół roku Paweł Witkowski coraz częściej „zapominał” dołożyć się do jedzenia. Raz tłumaczył się ubezpieczeniem samochodu, innym razem pożyczką dla kolegi, a kiedy indziej tym, że jego matce, Bożenie Michalskiównie, akurat pilnie zachciało się nowego telewizora. Ja ciągnęłam wszystko dalej. Najpierw bez słowa. Potem zaczęłam delikatnie dawać mu do zrozumienia, że tak się nie da. W końcu zaczęłam po prostu prosić. Aż dzisiaj postawił sprawę jak ultimatum.

Wieczorem zamknęłam się w łazience i zadzwoniłam do przyjaciółki.

– Słuchaj, Moniko – wyrzuciłam z siebie półgłosem. – On naprawdę uważa, że jestem jak studnia bez dna. Haruję na dwóch etatach, żeby opłacić Dawidowi Majewskiemu korepetycje, a on w tym czasie odkłada na felgi do samochodu.

– Magdaleno, ty się dobrze czujesz? – Monika Jaworskiówna, jak zwykle, nie bawiła się w łagodne słówka. – On jedzie na twoich plecach i jeszcze cię pogania. Przestań go karmić. Po prostu. Ty jedz, dziecko nakarm, a jego traktuj jak powietrze. Skoro ma takie „osobiste” pieniądze, niech stołuje się po restauracjach, bogacz jeden.

Wtedy tylko westchnęłam. Łatwo powiedzieć: nie karm. Przecież to mąż. Bliski człowiek. A przynajmniej kiedyś nim był.

Następnego ranka obudziłam się jednak z dziwną jasnością w głowie. Paweł spał rozwalony na połowie łóżka i chrapał tak głośno, że aż drżała pościel. Popatrzyłam na niego i nie poczułam już żadnego ciepła. Ani krzty czułości. Ani odrobiny chęci, by wstać i zrobić mu śniadanie.

Podniosłam się, ugotowałam Dawidowi kaszę, a sobie zaparzyłam kawę. Paweł zwlókł się do kuchni dopiero po godzinie.

– A gdzie moje grzanki? – zapytał, wpatrując się w pustą patelnię.

– W sklepie, Pawełku – odparłam spokojnie, popijając kawę i przewijając wiadomości w telefonie. – Chleb, jajka i mleko kosztują. W tym miesiącu moje pieniądze nie obejmują twoich grzanek. Na pierwszym miejscu mam ratę kredytu i buty dla Dawida.

– Ty sobie żartujesz? – zmarszczył brwi. – Jestem głodny.

– To zjedz coś – wskazałam głową półkę z kaszami. – Jest pęczak. Zdrowy na żołądek.

Mruknął coś pod nosem o „babskich fanaberiach” i wyszedł do pracy bez śniadania. Sądziłam, że może da mu to do myślenia. Oczywiście, gdzie tam. Wieczorem wrócił i od razu dopadł lodówki. A w środku prawie nic. Na półce stał mój jogurt i zapiekanka Dawida, przygotowana dokładnie na jedną porcję.

– Magdalena, to nie jest zabawne! Gdzie kolacja? – zaczął trzaskać garnkami tak mocno, że Dawid drgnął w swoim pokoju.

– Nie ma kolacji, Pawle. Skończyły mi się pieniądze. Dzisiaj opłaciłam rachunki i kupiłam Dawidowi kurtkę na jesień. Do końca tygodnia zostało mi jakieś sto trzydzieści złotych. To dla mnie i syna na kefir oraz bułki. Na twoje steki nie przewidziałam budżetu.

– Ty… ty się nade mną znęcasz! – ryknął, a twarz pokryła mu się czerwonymi plamami. – Pracuję! Jestem zmęczony! Mam prawo wrócić do domu i normalnie zjeść!

– Masz – powiedziałam, nawet nie podnosząc głosu. – Za swoje prywatne pieniądze. Zamów dostawę. Albo idź do kawiarni. Przecież zarobiłeś, więc masz prawo.

Szalał chyba przez dwie godziny. Wrzeszczał, że jestem beznadziejną żoną, że niszczę rodzinę i że znajdzie sobie kobietę, która będzie potrafiła go docenić. Ja siedziałam w fotelu i czytałam książkę. Dawid, z założonymi słuchawkami, grał na konsoli; od dawna przywykł do naszych kłótni i nauczył się odcinać od tego, co działo się w mieszkaniu. Był to smutny widok.

Blaskot