„moja pensja to moje prywatne pieniądze” — oznajmił Paweł, rozsiadając się przy stole i podkręcając telewizor prawie na cały regulator

To egoistyczne i okrutne, czuję się zdradzona.
Opowieści

– Magdaleno Jabłońskiówno, przemyślałem sprawę i doszedłem do wniosku, że moja pensja to moje prywatne pieniądze. Sam na nie zapracowałem, więc mam prawo wydawać je tak, jak uznam za stosowne. Na swoje zachcianki, na samochód, na pomoc mamie. A codzienne życie ogarniemy z twojej wypłaty. Przecież ty jesteś u nas specjalistką od oszczędzania. Tak sprawnie tropisz promocje w marketach, że dasz sobie radę. Pole do popisu masz idealne.

Nie odwróciłam się. Dalej szorowałam gąbką stare, tłuste zacieki na kafelkach nad kuchenką. Tarłam tak mocno, że pod gumowymi rękawiczkami zaczęły boleć mnie paznokcie, a po kuchni niósł się nieprzyjemny, skrzypiący odgłos. Ściereczka niemal podskakiwała w mojej dłoni. W powietrzu wisiała ostra woń detergentu, wymieszana ze smrodem przypalonego sosu, bo Paweł Witkowski znów nie zakręcił palnika, kiedy przekładał gulasz.

– Prywatne pieniądze, tak? – wypuściłam powietrze bardzo powoli, nie przerywając szorowania. – Pawełku, a nie przeszkadza ci przypadkiem, że mamy kredyt na mieszkanie na dwadzieścia lat, a Dawid Majewski od września idzie do szkoły? Wyprawka, mundurek, książki… Ty w ogóle wiesz, ile teraz kosztuje normalne jedzenie, jeśli człowiek nie zamierza żywić się samym makaronem?

– Oj, tylko nie zaczynaj – mruknął Paweł Witkowski, przechodząc obok mnie i ciężko waląc piętami o panele. – Jak zwykle robisz przedstawienie. Nie powiedziałem przecież, że nie dam ani grosza. Jak naprawdę przyciśnie, poprosisz, to się zastanowię. Ale zasadniczo domowy budżet jest na twojej głowie. Zawsze taka porządna, taka sprawiedliwa, to teraz pokaż, co potrafisz w księgowości.

Rozsiadł się przy stole i podkręcił telewizor prawie na cały regulator. Leciało jakieś idiotyczne show, w którym ludzie przekrzykiwali się bez sensu, a ten hałas wbijał mi się w skronie jak wiertarka. Zresztą sąsiedzi z góry też dokładali swoje. Remontowali mieszkanie już drugi rok, więc jednostajny pomruk wiertarki za ścianą stał się stałym tłem naszego powoli rozpadającego się życia rodzinnego.

Wytarłam dłonie o fartuch i dopiero wtedy odwróciłam się do męża. Siedział w swojej ulubionej, rozciągniętej koszulce, dłubał wykałaczką w zębach i całym sobą oznajmiał, że temat uważa za zamknięty. Ten mój dawny czuły Pawełek, który obiecywał przenosić dla mnie góry, zniknął gdzieś bez śladu. Został Paweł Witkowski, człowiek przekonany, że skoro jest „głową rodziny”, to jego potrzeby stoją zawsze na pierwszym miejscu, a moje… moje miały jakoś same się rozpłynąć.

– Paweł Witkowski, ty mówisz poważnie? – oparłam się o zlew i przez cienką domową koszulkę poczułam chłód metalu. – Zarabiam około trzy tysiące złotych. Z tego mniej więcej półtora tysiąca idzie na kredyt. Zostaje drugie tyle. Na nas troje. To wychodzi po jakieś pięćset złotych miesięcznie na osobę. Naprawdę proponujesz, żebyśmy jedli za kilkanaście złotych dziennie, wliczając w to Dawida Majewskiego?

– Ludzie za mniejsze pieniądze żyją – odparł, nawet nie racząc spojrzeć w moją stronę. – Kupuj kasze, sezonowe warzywa. Mięso w takich ilościach i tak jest niezdrowe, czytałem o tym. Krótko mówiąc, Magdaleno Jabłońskiówno, nie zawracaj mi głowy. Jutro jadę oglądać nowe felgi do auta, więc kasa jest mi potrzebna.

Właśnie wtedy zrozumiałam, że w jego głowie wszystko zostało już dawno poukładane. Plan był gotowy, a mnie wyznaczono w nim rolę darmowego dodatku, który ma zapewniać wygodę temu samozwańczemu wielkiemu żywicielowi.

Blaskot