Dwa dni później nowy współwłaściciel rzeczywiście stanął pod drzwiami. Był sobotni poranek, jeszcze zbyt wczesny, żeby Marta zdążyła na dobre się obudzić. Dzwonek zabrzmiał krótko, za to stanowczo. Narzuciła na siebie gruby, frotowy szlafrok, stopami odszukała kapcie i ruszyła do przedpokoju, czując, jak ze zdenerwowania zaciska jej się żołądek.
Za progiem zobaczyła mężczyznę. Wysokiego, lekko przygarbionego, w solidnej kurtce w kolorze zgniłej zieleni. W jednej ręce trzymał ogromny plecak, taki, z jakim ludzie ruszają na wielodniowe wyprawy. Pachniał chłodem kolejowego przedsionka, wilgotną wełną i dymem papierosowym.
— Dzień dobry. Mateusz — przedstawił się i podał jej grubą teczkę z dokumentami. — Kupiłem tutaj połowę mieszkania. Proszę się nie stresować, jestem raczej przejazdem. Miesiąc pracuję na zmianach wyjazdowych, dwa tygodnie spędzam tutaj. Od razu mówię: w cudze życie nosa nie wtykam, lodówkę możemy podzielić, łazienki nie będę okupował.
Marta bez słowa cofnęła się, robiąc mu przejście. Mateusz zdjął ciężkie buty, ustawił je równo na gumowej wycieraczce i wszedł do pokoju, który jeszcze niedawno należał do Łukasza.
Pierwsze dni minęły w ciszy tak napiętej, że niemal bolała. Marta podrywała się przy każdym skrzypnięciu desek. Przez lata przywykła do tego, że Łukasz nieustannie czegoś od niej żądał: koszula źle wyprasowana, obiad za mało doprawiony, ona oddycha za głośno, gdy on ogląda telewizję. Teraz odruchowo czekała na jakiś haczyk.
Tyle że Mateusz okazał się prawie niezauważalny. Wstawał o szóstej, przez dłuższą chwilę szumiała w łazience woda, potem w kuchni cicho pstrykał czajnik. Kiedy Marta wychodziła, żeby ugotować sobie owsiankę, blat był już idealnie czysty, zlew wytarty do sucha, a okno uchylone na wąską szczelinę.
W czwartek wróciła z pracy później niż zwykle. Na zewnątrz lał zimny, jesienny deszcz, a płaszcz przemókł jej niemal do podszewki. Weszła do kuchni i od razu zauważyła na kuchence żeliwną patelnię. Obok leżała żółta karteczka: „Usmażyłem ziemniaki z grzybami. Proszę zjeść, bo się zmarnuje”.
Niepewnie uniosła pokrywkę. Ciepły zapach leśnych grzybów, czosnku i świeżego koperku rozszedł się po całym pomieszczeniu. Nałożyła sobie niewielką porcję, usiadła przy stole i dopiero wtedy zorientowała się, że drżą jej usta. Kiedy ostatnio ktoś coś dla niej ugotował? Chyba nigdy. Łukasz uważał przecież, że kuchnia to wyłącznie kobiecy obowiązek.
Gdy Mateusz wszedł po szklankę wody, Marta wciąż siedziała nad talerzem.
— Dziękuję — powiedziała zachrypniętym głosem. — Naprawdę bardzo dobre.
— Na zdrowie — odparł spokojnie, opierając się ramieniem o framugę. Miał na sobie zwykły szary T-shirt, a na jego prawej ręce widać było stary ślad.
