— Uśmiecham się — dokończyła po chwili, jakby każde słowo musiała wyciągać z siebie siłą. — A nocą… nocą liczę pieniądze. Leki, zajęcia, rehabilitację, sprzęt. Sprzedałam już fortepian po mamie. To ona próbowała nauczyć mnie grać, choć nigdy nie miałam do tego talentu. A on… Jakub Zając od małego potrafił ze słuchu odtworzyć melodię. Ja tego nawet nie zauważałam. Praca, pośpiech, ciągłe „potem”. Tylko że teraz może się okazać, że żadnego „potem” już nie będzie.
Jakub poczuł, jak pod powiekami zbierają mu się łzy. Przypomniał sobie noc, kiedy obudziło go pragnienie. Usłyszał wtedy matkę, przekonaną, że śpi, jak szeptała do kogoś przez telefon: „Nie wiem, co robić. On nic nie słyszy. Zamknął się w sobie. Boję się, że go stracę”. Wtedy uchwycił tylko początek, a resztę dopowiedział sobie sam: że straci cierpliwość do niego.
— Czasem myślę — mówiła dalej Agnieszka — że może lepiej byłoby mu u ojca. Tam są większe pieniądze, więcej możliwości. Ale… — przycisnęła dłoń do piersi. — Bez niego nie miałabym po co wstawać rano.
Żyję między dwoma lękami: że stracę go naprawdę i że stracę go od środka, jeśli uwierzy, że jestem przy nim tylko z obowiązku albo litości.
Lekarz milczał przez moment, po czym odezwał się spokojnie:
— Myli się pani tylko w jednym. Sądzi pani, że myśli za niego. A on, być może, tak samo dopowiada sobie pani uczucia. Proszę spróbować mówić czasem nie to, co „wypada”, lecz to, co jest prawdą.
Jakub zacisnął zęby. Każde westchnienie matki, każde jej zdanie odłupywało kawałek ciężaru, który od lat nosił w piersi. Za murem jego strachu istniał przecież także jej strach.
Po kilku minutach lekarz wrócił. Jakub szybko otarł mokre policzki rękawem. Mężczyzna usiadł naprzeciwko i spytał cicho:
— Wystarczy?
— Tak — wyszeptał Jakub. — Tylko… proszę zrobić jeszcze jeden „błąd”.
— Jaki?
— Niech pan powie jej prawdę. Ale tak, żeby myślała, że ja jeszcze nie słyszę wszystkiego.
