— Jaką prawdę? Że moja matka ci zawadza? Że jesteś zmęczona? A kto nie jest, Katarzyno? Myślisz, że ja nie padam z nóg? Codziennie haruję, żeby przynieść do domu pieniądze!
— A ja niby co robię?! — głos jej zadrżał, choć próbowała nad nim zapanować. — Siedzę tutaj jak służąca. Dzień i noc. Nawet wyjść normalnie z domu nie mogę!
— To zatrudnimy opiekunkę — rzucił Piotr obojętnie, jakby mówił o wymianie żarówki. — Skoro tak strasznie ci ciężko.
— Tu nie chodzi o żadną opiekunkę! — Katarzyna poczuła, jak łzy podchodzą jej do gardła, ale zacisnęła powieki i nie pozwoliła im popłynąć. Nie teraz. Nie przy nich. — Chodzi o to, że ty mnie w ogóle nie słyszysz. Nie widzisz mnie, Piotrze.
— Boże, znowu te kobiece dramaty — machnął ręką z irytacją. — Pani Zofio, zostanie pani przy mamie?
— Oczywiście — odparła Zofia Nowak z uśmiechem tak pewnym, jakby właśnie wygrała jakąś bitwę. — Paulina i ja zostaniemy. Zajmiemy się Stanisławą tak, jak należy.
— No i bardzo dobrze. — Piotr ruszył w stronę przedpokoju. — A ty, Katarzyno, spakuj parę rzeczy. Pojedziesz na kilka dni do swojej matki. Odpoczniesz.
Katarzyna znieruchomiała.
To nie był odpoczynek. To było wygnanie. Miękkie, uprzejme, owinięte w słowa o trosce — ale wygnanie.
— Wyrzucasz mnie z domu? — zapytała cicho.
— Daję ci przerwę — odpowiedział, nawet się nie odwracając. — Chyba że wolisz zostać i dalej urządzać sceny?
Za jej plecami Paulina parsknęła krótkim śmiechem. Zofia Nowak rozsiadła się w fotelu przy łóżku Stanisławy Kowalczyk niczym królowa na tronie. Starsza kobieta leżała z zamkniętymi oczami, lecz Katarzyna dostrzegła coś, czego wcześniej nie chciała zauważyć: kącik jej ust uniósł się ledwie widocznie. Zadowolenie. Mały, triumfalny uśmiech.
I wtedy coś w niej pękło.
Nie — nie pękło.
Raczej wskoczyło na swoje miejsce.
— Wiesz co, Piotrze — odezwała się spokojnie. Zbyt spokojnie. Każde słowo było wyraźne jak uderzenie w szkło. — Pojadę. Naprawdę pojadę. Tylko nie na kilka dni.
Odwrócił się gwałtownie. Na jego twarzy pojawiło się zdumienie.
— Co ty wygadujesz?
— Mówię, że odchodzę na zawsze. — Zdania wypływały z niej same, jakby ktoś inny użyczał jej głosu. — Przeżyłam z tobą dwadzieścia trzy lata. Zniosłam twoją matkę, która nienawidziła mnie od pierwszego dnia. Zniosłam to, że wracasz do domu i nie potrafisz powiedzieć zwykłego „dziękuję”. Zniosłam bycie częścią wyposażenia. Wygodną. Darmową.
— Oszalałaś? — Piotr zrobił krok w jej stronę. — Do reszty ci odbiło?
— Nie. — Katarzyna powoli pokręciła głową. — Właśnie odwrotnie. Po raz pierwszy od bardzo dawna widzę wszystko jasno. Mam dość tego, że jestem niewidzialna. Dość tego, że za wszystko obarcza się mnie. Skoro tak doskonale wiecie, jak trzeba pielęgnować matkę, to proszę bardzo. Zajmijcie się nią sami. Wszyscy tacy dobrzy, odpowiedzialni i troskliwi — pokażcie więc, co potraficie.
— Katarzyno, opamiętaj się! — Zofia Nowak zerwała się z fotela. — Jesteś żoną! Masz obowiązki!
— On też je miał — powiedziała Katarzyna, wskazując na męża. — Miał mnie kochać. Szaniwać. Chronić. Gdzie to wszystko jest?
Piotr poczerwieniał. Jego dłonie zacisnęły się w pięści.
— Pożałujesz tego — wysyczał przez zęby. — Jeszcze będziesz błagać, żeby wrócić. Dokąd pójdziesz? Przecież nie masz nic.
— Pójdę do mamy. Potem znajdę pracę. Wynajmę pokój. — Katarzyna weszła do sypialni i wyjęła z szafy starą torbę podróżną. — A później się zobaczy.
Pakowała się szybko, bez wahania, jakby wykonywała czynność dawno obmyśloną. Brała tylko to, co konieczne: dokumenty, kilka swetrów, bieliznę, najpotrzebniejsze drobiazgi. Jej ręce ani razu nie zadrżały. Serce biło równo. Ogarnął ją przedziwny spokój — taki, jaki przychodzi po długiej chorobie, kiedy gorączka wreszcie opada i człowiek może nabrać pełny oddech.
Piotr stanął w progu sypialni. Patrzył na nią w milczeniu. W jego oczach mignęło coś podobnego do zagubienia. Najwyraźniej nie przewidział, że sprawy mogą potoczyć się właśnie tak.
— Ty mówisz poważnie? — spytał ciszej.
Katarzyna zapięła torbę. Podniosła wzrok i długo mu się przyglądała. Szukała w tej twarzy tamtego młodego chłopaka z targu, który kiedyś obiecywał, że będzie ją chronił przed całym światem.
Nie znalazła go.
Przed nią stał obcy mężczyzna. Zmęczony, rozgniewany, z oczami, w których dawno zgasło ciepło.
— Poważniej już nie potrafię — odpowiedziała.
Minęła go bez słowa. Przeszła obok zwycięskiego spojrzenia Zofii Nowak i szyderczego uśmieszku Pauliny. Zatrzymała się dopiero przy łóżku teściowej. Stanisława Kowalczyk otworzyła oczy.
— Żegnam panią — powiedziała Katarzyna. — Proszę wracać do zdrowia.
W oczach starszej kobiety błysnął strach. Jakby dopiero w tej sekundzie pojęła, do czego doprowadziła.
Katarzyna wyszła z mieszkania i zamknęła za sobą drzwi.
Na klatce schodowej panował chłód. Niedomknięte okno wpuszczało wiatr, który hulał między piętrami i wciskał się pod płaszcz. Zarzuciła go mocniej na ramiona, poprawiła torbę w dłoni i zaczęła schodzić.
Na zewnątrz zima trwała w najlepsze. Śnieg skrzypiał pod butami, mróz szczypał ją w policzki, a oddech zamieniał się w jasną mgiełkę. Mimo to Katarzynie było ciepło. W środku rozlewało się uczucie, którego niemal nie pamiętała.
Lekkość.
A może wolność.
Szła przez zasypane podwórko, a z każdym krokiem tamto mieszkanie, tamci ludzie i całe poprzednie życie zostawały coraz dalej za jej plecami.
Przed nią było nieznane. Straszne, niepewne, bez żadnych gwarancji.
A jednak po raz pierwszy od dawna wydawało się właściwe.
Katarzyna uśmiechnęła się. Pierwszy raz od wielu miesięcy.
I poszła dalej — w białą, zimową przestrzeń, tam, gdzie miało zacząć się jej nowe życie.
