„Moja matka umiera, a tobie wszystko jedno!” — warknął Tomasz, żądając, by natychmiast się nią zajęła

Bezwzględna obojętność rani bardziej niż słowa.
Opowieści

— Idź natychmiast i umyj moją matkę! Ona wymaga opieki, a ty siedzisz i gapisz się w telewizor! — warknął mąż.

— No co tak stoisz jak słup soli?! Dociera do ciebie, co mówię?

Maria Pawlakówna drgnęła, jakby ktoś nagle zatrzasnął drzwi w cichym pokoju. Głos Tomasza Pawłowskiego uderzył ją w uszy ostro i brutalnie. Oderwała wzrok od ekranu, na którym bohaterka kolejnego odcinka serialu właśnie zalewała się łzami po straconej miłości, i spojrzała na męża. Stał czerwony na twarzy, rozczochrany, z tą samą głęboką bruzdą między brwiami, która od lat nie znikała z jego czoła.

— Masz iść w tej chwili do mojej matki i ją umyć — powtórzył niskim, gniewnym tonem, zrywając z wieszaka starą kurtkę. — Trzeba się nią zajmować, a nie przesiadywać przed telewizorem.

Za oknem kotłowała się zima. Śnieg padał gęsto i uparcie, mokrymi płatami oblepiając szyby. Zmrok zapadł wcześnie, jak to w styczniu, a światła w oknach sąsiednich bloków wydawały się wyjątkowo żółte, niemal pomarańczowe. Jakby tam, za obcymi ścianami, trzaskał ogień w kominkach i pachniały świeżo upieczone ciasta.

Maria powoli podniosła się z kanapy. Nogi miała zdrętwiałe — siedziała w jednej pozycji pewnie z czterdzieści minut, może dłużej. W pokoju unosił się zapach smażonej cebuli, a pod nim jeszcze inny, trudniejszy do nazwania. Szpitalny? Nie. Raczej zapach starości. Od kilku miesięcy właśnie tak pachniała jej teściowa.

— Przecież dopiero od niej wyszłam — odezwała się cicho. — Zmieniłam pościel, podałam lekarstwa…

— Tak, oczywiście, zmieniłaś — przedrzeźnił ją Tomasz z pogardą. — To dlaczego zadzwoniła do mnie i skarżyła się, że nikt do niej nawet nie zagląda? Dlaczego leży mokra?

— Tomaszu…

— Nie mów do mnie tym tonem! — przerwał jej ostro. — Moja matka umiera, a tobie wszystko jedno! Dla ciebie ważne są tylko te twoje seriale!

Maria zacisnęła dłonie w pięści. Coś gorącego i nieprzyjemnego podeszło jej pod gardło, jakby w piersi nagle zaczęła wrzeć woda. Miała ochotę krzyknąć mu prosto w twarz, że od trzech miesięcy nie przespała normalnie ani jednej nocy. Że wstaje do starej kobiety także po ciemku, kiedy on przewraca się na drugi bok. Że codziennie pierze prześcieradła, podkłady, koszule nocne. Że nie pamięta już, kiedy ostatni raz wyszła z domu bez celu — nie do sklepu, nie do apteki, nie po receptę. Że jej własne życie gdzieś się rozpuściło, zniknęło w dniach podobnych do siebie jak odbicia w lustrze.

Ale nie powiedziała nic.

Tomasz zdążył już wciągnąć buty. Wyglądał, jakby za chwilę miał wyjść. Dokąd? Najpewniej do garażu. Zawsze tam uciekał, gdy się wściekał. W garażu czekały na niego jego małe sprawy: śruby, nakrętki, narzędzia, wiecznie rozgrzebana naprawa samochodu, który i tak nie chciał odpalać. Tam miał swoją wolność. Niedużą, przesiąkniętą olejem i dymem papierosowym, ale własną.

— To idź — rzuciła Maria. — Biegnij do swojej matki.

Mężczyzna odwrócił się powoli. Na jego twarzy pojawiło się coś nowego. Nie była to już wyłącznie złość. Bardziej zdumienie. Może niedowierzanie.

— Co ty powiedziałaś?

— To, co słyszałeś. Idź sam. Sam ją umyj, skoro według ciebie ja wszystko robię źle. Mam dość.

Słowa „mam dość” zabrzmiały dziwnie słabo. Zbyt prosto jak na to, co naprawdę działo się w niej od środka. Zmęczenie było wtedy, gdy człowiek długo stoi w kolejce albo niesie ciężkie siatki z zakupami. To było czymś innym. Jakby ktoś przez wiele dni, po trochu, wysysał z niej powietrze, aż w końcu została prawie pusta.

Tomasz stał przy drzwiach, a jego twarz ciemniała z każdą sekundą.

— Ty już zupełnie straciłaś wstyd — powiedział głucho. — Zupełnie. Wydaje ci się, że masz prawo mówić mi, co mam robić? W moim domu?

— W twoim domu? — Maria zrobiła krok w jego stronę. — Tomaszu, mieszkam tu od dwudziestu trzech lat. Dwudziestu trzech! Twoja matka nigdy mnie nie lubiła i dobrze o tym wiesz. Zawsze powtarzała, że nie jestem dla ciebie odpowiednia. Że mogłeś znaleźć sobie lepszą.

— I co z tego? Jest stara, chora…

— Taka sama była, kiedy miała trzydzieści lat. I kiedy miała czterdzieści też. Zawsze. Tylko ty tego nie widziałeś, bo jesteś jej synem.

Tomasz postąpił naprzód i zawisł nad nią ciężkim cieniem. Maria poczuła woń jego wody kolońskiej — tanią, ostrą, drażniącą. Tę samą, której używał dwadzieścia lat temu, zaraz po ślubie.

— Nie waż się mówić tak o mojej matce.

— Bo co? — W jej głosie pojawiła się twarda, gniewna nuta. — Co zrobisz, Tomaszu? Uderzysz mnie? Wyrzucisz z domu?

Zapadła cisza. Na zewnątrz wiatr wył między blokami, pędząc przed sobą tumany śniegu. Gdzieś niżej trzasnęły drzwi klatki schodowej, ktoś roześmiał się głośno, lecz ten śmiech natychmiast rozpłynął się w zimowym mroku.

— Nie poznaję cię — powiedział po chwili mąż, tym razem ciszej. — Co się z tobą stało?

Maria uśmiechnęła się krótko. Bez radości, sucho, prawie obco.

— Ze mną? Lepiej popatrz na siebie. Kiedy ostatni raz zapytałeś, jak się czuję? Kiedy zainteresowało cię, co ja przeżywam? Choćby raz przez te wszystkie miesiące? Wracasz do domu, zjadasz obiad albo kolację, oczekujesz, że wszystko będzie gotowe, uprane i czyste, a potem znikasz w swoim garażu. Albo siadasz przed telewizorem, kiedy ja szarpię się z twoją matką.

— Pracuję! To ja zarabiam pieniądze!

— A ja co, twoim zdaniem, tutaj wypoczywam? Mam sanatorium we własnym mieszkaniu?

Po tych słowach w przedpokoju zapadła ciężka, napięta cisza.

Blaskot