Piotr zacisnął zęby tak mocno, że aż poruszyły mu się mięśnie na policzkach. Dłoń drgnęła mu nerwowo — bezwiednie, jakby chciał po coś sięgnąć, coś pochwycić albo uderzyć. W ostatniej chwili jednak się opanował. Odwrócił się gwałtownie i ruszył korytarzem prosto do pokoju matki.
Katarzyna została przy wejściu. Palce trzęsły jej się tak, że musiała oprzeć rękę o ścianę. Miała wrażenie, jakby całe ciało nagle wypełniło się ołowiem — ciężkim, lodowatym, odbierającym siły. Przymknęła powieki i przez chwilę tylko stała, próbując oddychać równo.
Jak długo jeszcze można tak żyć? Ile razy można się uginać, milczeć, przełykać własny ból?
Nagle przypomniał jej się dzień, w którym poznała Piotra. Targowisko, jesienna chlapa, brudne kałuże pod nogami. Pomógł jej wtedy donieść ciężkie torby na przystanek. Uśmiechał się szeroko, prawie chłopięco, a w oczach miał blask — coś żywego, prostego, szczerego. „Przy mnie nikt cię nie skrzywdzi” — powiedział wtedy, zanim po raz pierwszy pocałował ją w czoło na pożegnanie.
Gdzie podział się tamten człowiek? Kiedy zniknął?
Z pokoju dobiegł przytłumiony głos Piotra. Mówił coś do matki. Staruszka odpowiedziała słabo, przeciągle, z tym swoim wiecznie skarżącym się tonem. Katarzyna nie rozróżniała słów, ale intonację znała aż za dobrze. Teściowa znów narzekała. Jak zawsze.
Katarzyna wróciła do salonu i wyłączyła telewizor. Usiadła na kanapie, spuszczając wzrok na własne dłonie. Skóra była sucha, napięta, poprzecinana widocznymi żyłkami. Palce miała zaczerwienione od prania, sprzątania, ciągłego moczenia w wodzie i detergentach. Na serdecznym palcu tkwiła obrączka — cienka, starta przez lata, pozbawiona dawnego połysku.
Ile jeszcze?
Po chwili skrzypnęły drzwi pokoju teściowej. Piotr wyszedł na korytarz. Twarz miał nieruchomą, jakby specjalnie usunął z niej wszystkie uczucia.
— Rzeczywiście była mokra — powiedział. — Przebrałem ją.
Katarzyna tylko skinęła głową. Nie miała już siły ani na tłumaczenia, ani na kolejną kłótnię.
— Słuchaj… — Piotr odchrząknął, jakby każde słowo przechodziło mu przez gardło z trudem. — Może faktycznie trzeba coś zmienić. Może powinniśmy zatrudnić opiekunkę. Pomyślę, jak to rozwiązać z pieniędzmi.
Spojrzała na niego uważnie. W jego głosie nie było przeprosin. Nie było zrozumienia. Była jedynie chęć szybkiego załatwienia sprawy — tak, żeby problem zniknął i więcej nie przeszkadzał.
— To pomyśl — odparła krótko.
Piotr postał jeszcze przez moment, jakby czekał, że powie coś więcej. Kiedy się nie doczekał, odwrócił się w stronę drzwi.
— Idę do garażu. Wrócę późno.
Drzwi trzasnęły za nim głucho. Katarzyna została sama.
Za oknem zima tkała białe koronki na szybach i dachach. Miasto powoli cichło, przykryte śnieżną kołdrą. I właśnie w tej ciszy, w tym białym, niemym bezruchu, Katarzyna zrozumiała nagle z całkowitą jasnością: coś musi się zmienić. Koniecznie.
Nie wiedziała tylko jeszcze, co.
Rano obudził ją dzwonek do drzwi. Ostry, natarczywy, powtarzany raz za razem — ktoś po drugiej stronie najwyraźniej nie zamierzał odejść. Katarzyna spojrzała na zegarek. Siódma. Piotr był już w pracy. Wyszedł, nie budząc jej, tak jak zwykle.
Narzuciła na siebie szlafrok i pospieszyła do przedpokoju. Przez wizjer zobaczyła znajomą sylwetkę — Zofię Nowak, młodszą siostrę teściowej. Krępą kobietę o farbowanych na rudo włosach i twarzy, na której niezadowolenie zdawało się mieszkać na stałe.
— Już idę, już — mruknęła Katarzyna i odsunęła zasuwkę.
Zofia Nowak wpadła do mieszkania jak burza, nawet się nie witając. Tuż za nią przecisnęła się jej córka, Paulina — trzydziestoletnia kobieta o ostrych rysach, złośliwym spojrzeniu i twarzy wyglądającej na starszą, niż wskazywałby wiek.
— Gdzie jest Stanisława Kowalczyk? — rzuciła Zofia tonem przesłuchującej, zdejmując już w korytarzu futro i ciskając je na komodę.
— Śpi jeszcze. W nocy źle się czuła, podałam jej lek nasenny…
— Nasenny?! — Zofia klasnęła w dłonie z przesadnym oburzeniem. — Czy ty już całkiem rozum straciłaś? Takich dawek nie wolno podawać na własną rękę! Przecież nie jesteś lekarzem!
Katarzyna przełknęła ślinę. W środku zaczęło się w niej gotować to znajome uczucie, które przez ostatnie miesiące nauczyła się spychać bardzo głęboko, żeby pewnego dnia po prostu nie wybuchnąć.
— Lekarz go przepisał. Mam zalecenia…
— Pokaż.
Paulina zachichotała cicho, paskudnie, niemal dziewczęco. Bez pytania weszła do kuchni i od razu zaczęła otwierać szafki, jakby była u siebie.
— No proszę, jaki tu bałagan. Naczynia też brudne.
— Zostały po wczorajszym wieczorze — zaczęła tłumaczyć Katarzyna, choć doskonale wiedziała, że nie powinna się usprawiedliwiać. — Położyłam się dopiero około drugiej w nocy, nie zdążyłam…
— Nie zdążyłaś! — prychnęła Zofia Nowak z kpiną. — A Stanisława leży tam mokra i chora! Piotr wczoraj do mnie dzwonił, wszystko mi opowiedział. Mówił, że już kompletnie weszłaś mu na głowę. Telewizję oglądasz, kiedy jego matka umiera!
— To nieprawda…
— Nie pyskuj! — Zofia podeszła bliżej, a Katarzyna poczuła ciężki, mdły zapach tanich perfum. — Od dawna widzę, jak traktujesz moją siostrę. Od samego początku to widziałam. Ty jej nie cierpisz. Ona jest dla ciebie tylko ciężarem!
— Od trzech miesięcy się nią zajmuję. Dzień i noc.
— I zajmujesz się źle — wtrąciła Paulina z kuchni, przeżuwając coś głośno.
Katarzyna z przerażeniem zrozumiała, że kobieta znalazła wczorajsze ciasto i bez najmniejszego skrępowania zaczęła je jeść, nawet go nie podgrzewając. Paulina mówiła dalej o Stanisławie Kowalczyk, jakby właśnie znalazła kolejny powód do oskarżeń.
