„Idź natychmiast i umyj moją matkę!” — warknął Piotr, stojąc w progu, czerwony na twarzy

Żenująca obojętność wobec wyczerpanej, bezsilnej osoby.
Opowieści

— Idź natychmiast i umyj moją matkę! Ona wymaga opieki, a ty siedzisz i gapisz się w telewizor! — warknął mąż.

— No co tak stoisz, jakby cię zamurowało?! W ogóle mnie słyszysz?

Katarzyna drgnęła gwałtownie. Głos Piotra uderzył ją w uszy jak trzask drzwi w cichym pokoju. Oderwała wzrok od ekranu, na którym bohaterka kolejnego odcinka serialu właśnie rozpaczała nad złamaną miłością, i spojrzała na męża. Stał w progu czerwony na twarzy, rozczochrany, z tą wieczną bruzdą między brwiami.

— Masz iść w tej chwili do mojej matki i ją umyć! Trzeba się nią zajmować, a nie przesiadywać przed telewizorem! — burknął, zrywając ze wieszaka starą kurtkę.

Za oknem szalała zima. Śnieg spadał gęsto i uparcie, mokrymi płatkami oblepiając szyby. Zmrok zapadł wcześnie, jak to w styczniu, a światła w oknach sąsiednich bloków wydawały się wyjątkowo żółte, niemal pomarańczowe. Jakby tam, za cudzymi ścianami, płonęły kominki i piekły się domowe ciasta.

Katarzyna powoli podniosła się z kanapy. Nogi miała zdrętwiałe; siedziała tak chyba z czterdzieści minut, może dłużej. W pokoju unosił się zapach smażonej cebuli i jeszcze czegoś trudnego do nazwania. Szpitala? Nie. Raczej starości. Od kilku miesięcy właśnie tak pachniała jej teściowa.

— Przecież dopiero od niej wyszłam — powiedziała cicho. — Zmieniłam pościel, podałam jej leki…

— Tak, oczywiście, zmieniłaś — przedrzeźnił ją Piotr z kpiną. — To dlaczego do mnie zadzwoniła i skarżyła się, że nikt do niej nawet nie zagląda? Dlaczego leży mokra?

— Piotrze…

— Nie zaczynaj z tym „Piotrze”! Moja matka umiera, a ciebie to nic nie obchodzi! Dla ciebie liczą się tylko te twoje seriale!

Katarzyna zacisnęła palce w pięści. W środku podniosło się coś gorącego, duszącego, jakby w piersi zaczynała wrzeć woda. Chciała krzyknąć mu prosto w twarz, że od trzech miesięcy nie przespała ani jednej normalnej nocy. Że wstaje do jego matki także po ciemku. Że codziennie pierze prześcieradła, poszewki, koszule nocne. Że nie pamięta już, kiedy ostatni raz wyszła z domu bez celu, nie do sklepu, nie do apteki, tylko zwyczajnie, dla siebie. Że jej własne życie gdzieś zniknęło, rozpłynęło się w tych jednakowych dniach, podobnych do siebie jak bliźnięta.

Ale nie powiedziała nic.

Piotr już wciągał buty, wyraźnie szykując się do wyjścia. Dokąd? Pewnie do garażu. Zawsze uciekał tam, kiedy był wściekły. Tam miał swoje królestwo: śruby, nakrętki, wieczne grzebanie przy samochodzie, który i tak nie chciał odpalić. To była jego wolność. Mała, przesiąknięta zapachem oleju i tytoniu, ale własna.

— To idź — rzuciła Katarzyna. — Biegnij do swojej mamusi.

Mężczyzna odwrócił się powoli. Na jego twarzy pojawiło się coś nowego. Nie złość. Bardziej zdumienie, może niedowierzanie.

— Co ty powiedziałaś?

— To, co usłyszałeś. Idź sam. Umyj ją sam, skoro według ciebie wszystko robię źle. Mam dość.

Słowa „mam dość” zabrzmiały dziwnie blado. Zbyt zwyczajnie wobec tego, co naprawdę działo się w niej od środka. Zmęczenie jest wtedy, gdy człowiek długo stoi na nogach albo niesie ciężkie zakupy. To było inne uczucie. Jakby ktoś dzień po dniu powoli wysysał z niej powietrze, aż została prawie pusta.

Piotr stał przy drzwiach, a jego twarz ciemniała coraz bardziej.

— Zupełnie się rozpuściłaś — powiedział twardo. — Całkiem. Wydaje ci się, że masz prawo mówić mi, co mam robić? W moim domu?

— W twoim domu? — Katarzyna zrobiła krok w jego stronę. — Piotrze, mieszkam tutaj od dwudziestu trzech lat. Dwudziestu trzech! Twoja matka nigdy mnie nie lubiła i dobrze o tym wiesz. Zawsze powtarzała, że nie jestem dla ciebie odpowiednia. Że mogłeś znaleźć sobie lepszą.

— I co z tego? Jest stara, chora…

— Taka sama była, kiedy miała trzydzieści lat. I kiedy miała czterdzieści. Zawsze. Tylko ty tego nie widziałeś, bo jesteś jej synem.

Piotr ruszył ku niej i stanął tak blisko, że zasłonił jej niemal całe światło. Katarzyna poczuła zapach jego wody kolońskiej — taniej, ostrej, drażniącej. Tej samej, której używał dwadzieścia lat temu, zaraz po ślubie.

— Nie waż się tak mówić o mojej matce.

— Bo co? — w jej głosie pojawiła się ostra, gniewna nuta. — Co mi zrobisz, Piotrze? Uderzysz mnie? Wyrzucisz z domu?

Zapadła cisza. Za oknem zawodził wiatr, pędząc między budynkami tumany śniegu. Gdzieś na dole trzasnęły drzwi klatki schodowej, ktoś roześmiał się głośno, lecz te dźwięki zaraz rozpłynęły się w zimowym mroku.

— Ja cię nie poznaję — odezwał się mąż po chwili, już ciszej. — Co się z tobą stało?

Katarzyna uśmiechnęła się krótko. Sucho, bez cienia radości.

— Ze mną? Lepiej popatrz na siebie. Kiedy ostatni raz zapytałeś, jak się czuję? Kiedy interesowało cię, co przeżywam? Chociaż raz przez te wszystkie miesiące? Wracasz do domu, zjadasz kolację, oczekujesz, że wszystko będzie gotowe i posprzątane, a potem znikasz w swoim garażu. Albo siadasz przed telewizorem, kiedy ja męczę się z twoją matką.

— Ja pracuję! To ja zarabiam pieniądze!

— A ja, twoim zdaniem, tutaj odpoczywam? Mam wczasy, tak?

Blaskot