Powiedział, że albo natychmiast odpuszczę, albo organizm po prostu się rozsypie. Mam dopiero trzydzieści pięć lat, a czuję się tak, jakbym była wrakiem człowieka.
Krystyna Witkowskiówna zacisnęła usta. Może i było jej przez moment żal synowej, ale własna uraza natychmiast przykryła wszystko inne.
— Och, nie dramatyzuj. Nagle biedactwu zdrowie wysiadło. My w latach dziewięćdziesiątych siedzieliśmy bez grosza, dzieci wychowywaliśmy i jakoś nikt nie umarł. Po prostu zrobiłaś się wygodna, Karolino. Mój syn cię za bardzo rozpieścił.
— Będziemy musieli utrzymać się z jednej pensji — odparła Karolina cicho, nie podnosząc wzroku znad stołu. — Ograniczymy wydatki na wszystkim. Także na panią. Ma pani przecież emeryturę.
— Emeryturę! — Krystyna aż wyrzuciła ręce w górę. — A co ja za nią kupię? Chleb i mleko? Ja przywykłam żyć normalnie! Potrzebuję witamin, zabiegów, lekarzy! W końcu jestem matką! Należy mi się!
Do kuchni wszedł Piotr. Miał na sobie domowe spodnie, był nieogolony, z podkrążonymi oczami. Bez słowa stanął za Karoliną i położył dłonie na jej ramionach.
— Mamo, nie zaczynaj.
— Ja nie zaczynam, tylko próbuję jej przemówić do rozsądku! — Krystyna odwróciła się do syna. — Piotr, powiedz jej coś! Ona sobie wymyśliła siedzenie w domu, a matka ma zostać z niczym?
— Mamo, nie mamy pieniędzy.
— Jak to nie macie? Przecież pracujesz!
— Spłacamy długi po leczeniu Karoliny. I… — westchnął ciężko. — Nie jesteśmy już w stanie finansować twoich zachcianek. To nie była pomoc, mamo. To było utrzymywanie cię.
— Utrzymywanie? — Krystynie zapłonęła twarz. — Ty niewdzięczniku! Całe życie ci oddałam! Nie wyszłam drugi raz za mąż, żeby nie sprowadzać ci ojczyma do domu! A teraz będziesz mi wypominał kromkę chleba?
— Te pieniądze szły na taksówki, restauracje i kolejne torebki — powiedziała Karolina spokojnie. — A ja w tym czasie chodziłam w znoszonych rzeczach.
— Nie licz moich pieniędzy! — wrzasnęła teściowa. — To były moje pieniądze!
— Nie, Krystyno Witkowskiówno. To były moje pieniądze. Zarabiałam je, łykając garściami krople na nerwy.
— Oddaj kartę! — Krystyna poderwała się z miejsca. — Nawet jeśli jest pusta, to moja rzecz! Sama zdecyduję, co z nią zrobić!
Wyciągnęła dłoń. Karolina powoli wsunęła rękę do kieszeni, wyjęła plastikową kartę i obróciła ją między palcami.
— Oddawaj moją kartę, przyzwyczaiłam się do niej! — krzyczała teściowa.
Karolina spojrzała jej prosto w oczy. Nie było w nich już dawnej uległości.
— Nie.
— Co?! Piotr, słyszysz? Ona zabiera moją kartę!
Piotr podszedł do stołu. Zamiast odebrać kartę żonie, położył przed matką kwit z lombardu.
Żółtawy papierek opadł na ceratę między nimi. Krystyna znieruchomiała. Jej wzrok natychmiast zatrzymał się na znajomych linijkach: złoty łańcuszek, 15 gramów. Zastawiająca: K. Witkowskiówna.
W kuchni zapadła ciężka, duszna cisza.
— Skąd… — wydusiła ochryple.
— Znalazłem — głos Piotra brzmiał pusto. — Trzy miesiące temu. Poprosiłaś, żebym poszukał w twojej torebce kluczy od działki. Pamiętasz? Wtedy na to trafiłem.
Krystyna cofnęła się o krok.
— Piotr, ja… ja mogę to wyjaśnić…
— To był ten dzień, kiedy Karolinie zginął łańcuszek. Prezent od jej ojca. Byłaś wtedy u nas. Pomagałaś robić porządki w szafie.
