Bankomat oddał kartę z nieprzyjemnym, ostrym piknięciem, jakby z pretensją. Na wyświetlaczu nie pojawił się zwyczajowy komunikat o wypłacie gotówki. Zamiast niego świecił czerwony napis informujący, że transakcja została odrzucona.
Krystyna Witkowskiówna zamrugała kilka razy. Poprawiła futrzaną czapkę, która nagle wydała jej się nieznośnie ciężka i duszna. To musiała być pomyłka. Na pewno awaria. Przecież był szesnasty dzień miesiąca, dokładnie ten, w którym synowa przelewała jej pieniądze. Karolina Zawadzkiówna nazywała to pomocą, lecz Krystyna od dawna traktowała tę kwotę jak należność. W końcu wychowała takiego syna jak Piotr Zając, więc coś jej się od życia należało.
Wsadziła kartę do szczeliny jeszcze raz. Palce w skórzanych rękawiczkach ślizgały się po klawiszach, gdy wprowadzała kod i wybierała wypłatę.
Brak wystarczających środków.
Za jej plecami ktoś westchnął z irytacją.

— Proszę pani, długo jeszcze? Kolejka stoi, tak przy okazji.
Krystyna odwróciła się gwałtownie i zmierzyła chłopaka w kapturze lodowatym spojrzeniem.
— Trochę cierpliwości! Maszyna się zacina.
Odeszła pod sklepową witrynę i wyjęła telefon. Sygnał ciągnął się jeden po drugim, ale nikt nie odbierał. Ani Karolina, ani Piotr.
— No dobrze, poczekajcie tylko — syknęła, czując, jak w środku narasta gorzka uraza. — Ja wam pokażę bycie niedostępnymi. Mam dziś umówiony manicure, a wy postanowiliście mi wszystko zepsuć?
Do mieszkania syna dotarła po czterdziestu minutach. Jechała taksówką za ostatnie banknoty, a przez całą drogę nakręcała się coraz bardziej. W myślach układała scenę: wejdzie, powie im wszystko prosto w twarz, Karolina zacznie się tłumaczyć, a Piotr będzie stał ze spuszczonym wzrokiem, zawstydzony jak chłopiec. Pewnie zapomnieli. Młodzi, roztrzepani, z głową pełną byle czego. Nic szkodzi, ona im przypomni.
Drzwi otworzyła Karolina Zawadzkiówna.
Krystyna nabrała powietrza, gotowa od razu podnieść głos, lecz słowa ugrzęzły jej w gardle. Synowa wyglądała fatalnie. Zawsze staranna, ułożona Karolina stała teraz w starej koszulce męża, z włosami związanymi byle jak w potargany kok. Twarz miała zapadniętą, bladą, aż przykro było patrzeć.
— To pani? — odezwała się chrapliwie, głosem przypominającym nienaoliwiony zawias. — Nie próbowała pani zadzwonić?
— Dzwoniłam! — Krystyna Witkowskiówna zdecydowanym krokiem weszła do środka, odsuwając synową ramieniem. Zamiast zwykłego aromatu świeżej kawy uderzył ją zapach lekarstw i długo niewietrzonego mieszkania. — Ignorujecie mnie. Oboje. Co tu się dzieje? Dlaczego na karcie nie ma pieniędzy? Stałam w sklepie jak idiotka!
— Proszę wejść do kuchni — powiedziała Karolina, zamykając drzwi i nawet na nią nie patrząc. — Piotr zaraz przyjdzie.
W kuchni panował bałagan. Na blacie piętrzyły się nieumyte kubki, leżały jakieś dokumenty i puste opakowania po lekach. Krystyna z obrzydzeniem strzepnęła okruchy z krzesła i usiadła, nie zdejmując płaszcza.
— Czekam. Mam dziś jeszcze swoje sprawy, żeby było jasne.
Karolina opadła na taboret naprzeciwko. Wyglądała na skrajnie wyczerpaną.
— Przelewów już nie będzie, Krystyno Witkowskiówno.
— Co takiego? — teściowa zaśmiała się nerwowo. — To jakiś żart? Bo wcale mnie nie bawi.
— Odeszłam z pracy. Tydzień temu.
— Zrezygnowałaś? Z takiej posady? Czy ty postradałaś rozum? Macie kredyt, dziecko idzie do szkoły! Piotr ma sam harować za was wszystkich?
— Piotr o wszystkim wie. To była nasza wspólna decyzja. Lekarz postawił sprawę jasno.
