Karolina przez cały tydzień nie mogła się uspokoić. Była przekonana, że gdzieś zgubiła łańcuszek. A ty… ty ją wtedy pocieszałaś. Głaskałaś po ramieniu i powtarzałaś: „Nie płacz, dziecko, to tylko przedmiot. Najważniejsze, żeby zdrowie było”.
— Chciałam go wykupić! — wyrzuciła z siebie Krystyna Witkowskiówna, czując, że nie ma już dokąd się cofnąć. — Potrzebowałam pieniędzy natychmiast! Z zębami zaczęły mi się kłopoty, a do publicznej przychodni nie pójdę! Oddałabym, naprawdę!
— Za te pieniądze kupiłaś sobie pobyt w sanatorium, mamo. Widziałem bilety.
— No i co z tego?! — krzyknęła, jakby podniesiony głos mógł ją obronić. — Tak, kupiłam! Jestem matką, należy mi się odpoczynek! Wy macie pełno tej biżuterii, od jednego łańcuszka nie zbiedniejecie! Wielka rzecz!
— To była pamiątka po tacie — wyszeptała Karolina. — Po jego odejściu długo nie mogliśmy dojść do siebie.
Piotr patrzył na matkę tak, jakby w jednej chwili zobaczył przed sobą kogoś zupełnie obcego.
— Wyjdź — powiedział cicho.
— Wyrzucasz mnie? Własną matkę? Przez kawałek metalu?
— Nie przez metal. Przez kłamstwo. I przez to, że ty nas nie kochasz, mamo. Ty z nas tylko korzystasz.
— To zostańcie sobie sami! — Krystyna chwyciła torebkę, nie mogąc trafić ręką w uchwyt. — Żyjcie, jak chcecie! Biedujcie! Jeszcze przyjdziecie do mnie, kiedy wam się grunt pod nogami zapali!
Wypadła z klatki schodowej, trzaskając drzwiami tak mocno, że aż zadźwięczała szyba. Drżącymi palcami próbowała zamówić taksówkę, lecz aplikacja bezlitośnie pokazała brak środków. Musiała iść na przystanek. Wiatr smagał ją po twarzy, a w głowie tłukła się jedna myśl: pożałują. Na pewno pożałują.
Nie pożałowali. I nie zadzwonili.
Przez pierwszy miesiąc Krystyna Witkowskiówna trzymała się na samej złości. Resztki emerytury wydawała na ciastka, a obok ich bloku przechodziła demonstracyjnie, z wysoko uniesioną głową.
Potem jednak pieniądze się skończyły. Zupełnie.
Lodówka opustoszała. Ze zdumieniem odkryła, że ser, który kiedyś brała bez zastanowienia, kosztuje majątek, a opłaty pochłaniają połowę emerytury. Zaczęła kupować najtańszy makaron i porcje rosołowe na zupę.
W mieszkaniu zrobiło się głucho. Dawniej irytowały ją telefony synowej, teraz aparat potrafił milczeć całymi dniami. Odzywały się tylko automaty z ofertami pożyczek.
— Przyznano pani… — trajkotał wesoły głos w słuchawce.
— Idźcie do diabła! — wrzeszczała i rozłączała się, żeby po chwili rozpłakać się nad stołem.
W trzecim miesiącu zepsuł się zamek w jej zimowych kozakach. W punkcie napraw usłyszała taką cenę, że aż zrobiło jej się słabo.
— Przecież to robota na pięć minut! — oburzyła się.
— To proszę zrobić samemu — burknął rzemieślnik.
Wróciła do domu i zdjęła z pawlacza starą walizkę. W środku leżała maszyna do szycia: ciężka, solidna, niezniszczalna. Kiedyś, gdy Piotr był mały, obszywała na niej pół podwórka.
Krystyna nawlekła nitkę. Palce, odzwyczajone od pracy, trzęsły się i nie chciały słuchać. Nad jednym butem siedziała cały wieczór, pokłuła igłą opuszki i złamała dwie igły. Ale naprawiła.
Następnego dnia, przełykając wstyd, przykleiła przy wejściu kartkę: „Naprawa odzieży. Tanio. Mieszkanie 15”.
Pierwsza zapukała sąsiadka, młoda studentka z góry.
— Pani Krysiu, rozdarły mi się dżinsy — powiedziała nieśmiało.
