W kwietniu po raz pierwszy wypowiedział na głos słowo „mieszkanie”.
— Maju, mam wyjście — oznajmił, jakby mówił o czymś oczywistym. — Sprzedamy twoje mieszkanie, spłacę zobowiązania, a potem weźmiemy kredyt na większe. Za rok znów będziemy na tym samym poziomie.
— Moje mieszkanie? — zapytałam powoli.
— Nasze — poprawił mnie natychmiast.
— Andrzeju, ono jest moje. Po babci. Dostałam je przed ślubem.
— Ty naprawdę będziesz to teraz liczyć? Między mężem a żoną?
— Tak. Będę.
Wtedy wyszedł, trzasnąwszy drzwiami tak mocno, że aż zadrżały szyby w kredensie. Wrócił po dwóch godzinach, pijany.
— Suką jesteś, Majka. Przez osiem lat nosiłem cię na rękach.
Zamknęłam się z Zuzanną w pokoju. Miała wtedy trzynaście lat. Przytuliła mnie mocno, jakby to ona była dorosła, i wyszeptała:
— Mamo, wyprowadźmy się stąd.
Nie wyprowadziłam się. Ale następnego dnia poszłam do prawniczki.
Nazywała się Helena Michalska. Siwe włosy, okulary, głos ostry i spokojny jednocześnie, taki jak u wymagającej dyrektorki szkoły.
— Mieszkanie jest zapisane na panią, otrzymała je pani w spadku przed zawarciem małżeństwa — wyjaśniła rzeczowo. — To pani majątek osobisty zgodnie z przepisami kodeksu rodzinnego i opiekuńczego. Mąż nie ma do niego żadnych praw, niezależnie od tego, co pani opowiada. Bez pani zgody sprzedaż jest po prostu niewykonalna. W księdze wieczystej właścicielem jest pani.
— A jego długi? — spytałam.
— Długi jednego małżonka pozostają jego długami. Wierzyciele mogą sięgać po jego majątek oraz ewentualnie po jego udział w tym, co zostało wspólnie nabyte. Pani majątek osobisty jest poza ich zasięgiem. Chyba że była pani poręczycielem. Była pani?
— Nie.
— Podpisywała pani jakieś dokumenty?
— Niczego nie podpisywałam.
— Doskonale. W takim razie robimy trzy rzeczy. Po pierwsze: składamy pozew o rozwód. Spokojnie, bez awantur, bez podziału majątku, bo nie ma czego dzielić. Po drugie: sporządzimy u notariusza oświadczenie, że nie wyrażała pani i nie wyrazi zgody na żadne czynności dokonywane w pani imieniu. Na wypadek, gdyby próbował podrobić podpis. Po trzecie: po rozwodzie natychmiast wymienia pani zamki. I najważniejsze: ani słowa nikomu. Jemu nie, jego rodzinie nie, koleżankom też nie. Cisza.
— A jeśli przyprowadzi kupca?
Helena Michalska zdjęła okulary i spojrzała na mnie uważnie.
— Maju, żaden rozsądny człowiek nie kupi mieszkania od kogoś, kto nie jest właścicielem. A jeśli przyprowadzi nierozsądnego, to będzie pani szansa.
Wtedy nie zrozumiałam, co miała na myśli. Zrozumiałam dopiero później.
Rozwód przeprowadziliśmy w czerwcu. Przez sąd rejonowy, bez scen i krzyków, bo Andrzej nawet nie pojawił się na rozprawie. Powiedziałam mu, że to tylko formalność do urzędu skarbowego, potrzebna mi w pracy. Machnął ręką.
— Podpisuj, co chcesz. Nie mam teraz głowy do ciebie.
On naprawdę niczego nie pojął. Całą uwagę pochłaniały mu długi i kolejne cudowne schematy z kryptowalutami. Dokument potwierdzający rozwód odebrałam na początku lipca. Schowałam go do szkatułki. O wszystkim powiedziałam Zuzannie.
