Powiedziałam również mamie. I na tym koniec — nikt więcej nie miał o niczym pojęcia.
Nadal mieszkaliśmy pod jednym adresem. Ja dlatego, że to mieszkanie należało do mnie. On dlatego, że zwyczajnie nie miał dokąd pójść. Czekałam. Byłam niemal pewna, że prędzej czy później wpadnie na jakiś „genialny” pomysł.
I rzeczywiście. We wrześniu go wymyślił.
Tamtego wieczoru wrócił nie sam, tylko z panem Jakubem. Przyniósł umowę wydrukowaną na domowej drukarce i minę człowieka, który jest przekonany, że wystarczy huknąć na kobietę, a ona posłusznie złoży podpis tam, gdzie trzeba.
— Panie Jakubie — odezwałam się spokojnie. — Kawa czy herbata?
Mężczyzna usiadł, wyraźnie zbity z tropu.
— Eee… kawa, jeśli można.
— Maja, ty sobie żarty robisz?! — Andrzej walnął dłonią w blat. — Jaka kawa?! Podpisuj!
Postawiłam tygielek na gazie i dopiero wtedy odwróciłam się w ich stronę.
— Panie Jakubie, proszę mi powiedzieć, jakie dokumenty dotyczące mieszkania pokazywał panu Andrzej?
— No… odpis z księgi wieczystej. Akt własności.
— Na kogo?
Kupujący poruszył się niespokojnie na krześle.
— Na… na panią. Ale pan Andrzej mówił, że jesteście małżeństwem, że pani się zgadza i że…
— Kiedy pan to widział? Z jaką datą był ten odpis?
— Sierpniową…
— Świetnie. — Otworzyłam szafkę, wyjęłam teczkę i położyłam ją przed nim. — To jest aktualny odpis. Wrześniowy. A to jeszcze proszę zobaczyć.
Na wierzchu położyłam zaświadczenie o rozwodzie.
Pan Jakub wziął dokument do ręki. Przeczytał raz. Potem drugi. Dopiero po chwili podniósł wzrok na Andrzeja.
Andrzej pobladł jak ściana.
— Co… co to ma znaczyć? — wykrztusił.
— To, Andrzeju — powiedziałam bez podnoszenia głosu — oznacza, że od trzech miesięcy jesteśmy po rozwodzie. Nie jestem twoją żoną. Od dawna. Mieszkasz tu wyłącznie dlatego, że było mi cię żal. Dzisiaj mi przeszło.
— Ty… ty to sfałszowałaś…
— Idź do urzędu stanu cywilnego i sprawdź. Przy okazji niech twój prawnik oceni, w jakim położeniu się znalazłeś. Panie Jakubie — zwróciłam się do mężczyzny — mam nadzieję, że nie przekazał mu pan żadnego zadatku?
Zapadła cisza. Po kilku sekundach odpowiedział cicho:
— Przekazałem. Około trzydziestu czterech tysięcy złotych. Gotówką. Wczoraj.
— Ma pan pokwitowanie?
— Tak…
— W takim razie ma pan jeszcze szczęście. Proszę żądać zwrotu. Jeśli nie odda, zostaje sąd i zawiadomienie o oszustwie, artykuł 286 kodeksu karnego. Ja będę świadkiem. Złożę zeznania.
Pan Jakub podniósł się bez słowa. Spojrzał na Andrzeja długo i tak zimno, że aż przeszły mnie ciarki. To chyba nie był człowiek z gatunku tych, od których bierze się pieniądze, a potem beztrosko ich nie oddaje.
— Panie Andrzeju. Pieniądze. Jutro. Do dwunastej.
I wyszedł.
