Teściowa, Bożena Dudekówna, zajmowała środek sali z majestatem lodołamacza przebijającego się przez arktyczną krę. Miała na sobie długą, ciężką suknię z brokatu, a złota obwiesiła się taką ilością, że zaczęłam się całkiem serio zastanawiać, czy jej kręgosłup wytrzyma do deseru.
Mateusz Malinowski porzucił mnie natychmiast po przekroczeniu progu.
— Zaczekaj tutaj. Muszę przywitać się z odpowiednimi ludźmi — mruknął tylko i zniknął między połyskującymi marynarkami.
Po chwili dopłynęła do mnie szwagierka, Kinga Mazurówna. Dziewczyna, która byłaby skłonna uwierzyć, że Wisława Szymborska prowadziła popularny profil w mediach społecznościowych.
— Ojej, Joasiu! — przeciągnęła, mierząc mnie spojrzeniem tak kwaśnym, że mleko mogłoby się od niego zwarzyć. — Czemu ty jesteś taka… ponura? Mateuszek poskąpił na stylistę?
— Wolę wyglądać naturalnie, Kingo.
— Jasne, jasne. Słuchaj — nachyliła się bliżej, a na ustach pojawił się jej drapieżny uśmieszek. — Mama kazała ci przekazać, żebyś nie siadała przy głównym stole. Tam jest rozpiska: wspólnicy, inwestorzy, ważne osoby. Nie ma miejsc.
— A dla mnie gdzie przewidziano miejsce? — spytałam, czując, jak palce zaczynają mi lodowacieć.
— Tam. — Machnęła dłonią w stronę odległego kąta, tuż przy wejściu do kuchni. — Z fotografami i panem od dźwięku. Będzie ci lepiej słychać i… nikomu nie będziesz przeszkadzać.
Obróciła się zgrabnie na obcasach i odfrunęła, jakby właśnie spełniła rodzinny obowiązek.
Ruszyłam do stolika numer piętnaście. Blat chwiał się przy każdym dotknięciu. Obok stała potężna kolumna, z której bas Jacka Michalaka walił prosto w żebra. Przy stole siedział posępny realizator dźwięku i przeżuwał tartaletkę.
— Wolne? — zapytałam.
— Siadaj, matka — burknął. — Tylko potem nie marudź, że za głośno.
Minęła godzina. Mateusz ani razu nie spojrzał w moim kierunku. Zasiadł po prawej stronie matki, nalewał wino, śmiał się głośno, odchylając głowę do tyłu. Był w swoim żywiole: pośród pieniędzy, wpływów i pochlebstw.
Ja tkwiłam w kącie jak uboga krewna z zapomnianego miasteczka, chociaż urodziłam się w samym Krakowie. Kelnerzy traktowali mnie jak powietrze. Nasz „techniczny” stolik omijali z taką wprawą, jakbyśmy byli elementem dekoracji albo błędem w planie sali.
— Przepraszam! — spróbowałam zatrzymać biegnącą kelnerkę, niemal chwytając ją za fartuszek. — Czy mogłabym prosić o wodę?
— Obsługa jest bankietowa, proszę czekać na swoją kolej — odcięła się, nawet na mnie nie patrząc.
Dźwiękowiec parsknął pod nosem.
— Daj spokój. My tu robimy za meble. Chcesz kanapkę? Mam swoje.
Wyciągnął z plecaka plastikowe pudełko z domowymi kanapkami. Zapach kiełbasy natychmiast podszedł mi do gardła.
Patrzyłam na męża. Z przejęciem tłumaczył coś siwemu mężczyźnie w drogim garniturze. Tamten słuchał go z leniwym, protekcjonalnym kiwaniem głową.
Nagle Bożena Dudekówna stuknęła widelczykiem w kieliszek. Sala ucichła niemal od razu.
— Moi drodzy! — Jej głos, wzmocniony mikrofonem, rozlał się po całej restauracji. — Dziś jestem szczęśliwa. Są tu wszyscy, których kocham. Mój syn, moja córka, moi partnerzy!
Przez następne dziesięć minut wymieniała gości. W tym spisie zabrakło mnie. Nie byłam osobą. Byłam jedynie „żoną Mateusza”, dodatkiem do jego nazwiska, niewygodnym elementem, który tego wieczoru postanowiono upchnąć w schowku.
Kiedy zaczęły się toasty, uznałam, że powinnam przynajmniej złożyć jej życzenia.
