Siedział naprzeciwko mnie cały purpurowy. A ja spokojnie wysunęłam z teczki następną kartkę.
— I jest jeszcze jedna sprawa. Pół roku temu stwierdziłeś, że wiszę ci na karku. Więc sprawdziłam, ile przez ten czas zarobiłam. Wojciechu, przez sześć miesięcy miałam około 57,5 tysiąca złotych dochodu. Netto. Do ręki.
Zapadła cisza.
— Ile?! — aż wytrzeszczył oczy.
— Pięćdziesiąt siedem i pół tysiąca. Jestem korepetytorką, Wojciechu. Jedna godzina kosztuje mniej więcej 130 zł. Mam czterdzieści godzin tygodniowo. Możesz sam policzyć, przecież kalkulator masz.
— Ale ty przecież… mówiłaś, że to jakieś grosze…
— Nie, ja nigdy tak nie powiedziałam. To ty sobie tak uznałeś. A ja po prostu przestałam cię wyprowadzać z błędu.
Nie odezwał się od razu. Milczał długo, jakby dopiero teraz układał w głowie wszystkie te liczby. W końcu zapytał znacznie ciszej:
— Agnieszka… a mieszkanie… to, w którym mieszkamy… ono jest moje, prawda?
— Nasze, Wojciechu. Formalnie widniejesz w dokumentach, ale kupione zostało w trakcie małżeństwa, więc należy do majątku wspólnego. Przy rozwodzie dzieli się je po połowie. Tak tylko mówię. Na wszelki wypadek.
— Jakim rozwodzie? Agnieszka, co ty wygadujesz?!
Popatrzyłam na niego uważnie. Na człowieka, który jeszcze pół roku wcześniej bez mrugnięcia okiem mówił, że go wykorzystuję. Na tego samego mężczyznę, który z zadowoleniem odliczał mi 190 zł za buty naszego syna.
— Wojciechu, nie podjęłam jeszcze decyzji. Ale jedno wiem na pewno. Nigdy więcej nie pozwolę, żeby ktokolwiek nazywał mnie drobiazgową sknerą albo utrzymanką. Nigdy. Rozumiesz?
Minął rok.
Nie rozwiedliśmy się. Nie dlatego, że nagle wszystko mu wybaczyłam. Raczej dlatego, że on naprawdę zaczął się zmieniać. Kiedy człowiek widzi czarne na białym, ile kto wnosi i gdzie jest jego miejsce, otrzeźwienie przychodzi szybciej niż po najlepszej terapii.
Teraz zmywa naczynia. Dziękuje za kolację. I już nigdy — naprawdę nigdy — nie używa słowa „żywiciel”.
A mieszkanie pod Warszawą, o którym nie miał pojęcia? Sprzedałam je latem i kupiłam mamie mały dom w Gdańsku. Mama płakała ze szczęścia.
Wojciechowi powiedziałam, że wzięłam kredyt. Uwierzył. Nawet zaproponował, że dorzuci się do rat.
Zgodziłam się. Niech płaci. Po europejsku.
A wy zniosłybyście taki „osobny budżet” narzucony przez męża? Czy też wyciągnęłybyście własny kalkulator?
