— Katarzyna Stępieńówna, jesteś u siebie? — głos Mateusza Przybylskiego zabrzmiał w telefonie tak swobodnie, jakby informował o pogodzie. — Właśnie wjechaliśmy na obwodnicę. Jakieś czterdzieści minut i będziemy na miejscu.
Katarzyna przez moment nie umiała rozstrzygnąć, co ukłuło ją mocniej: samo „będziemy” czy ta bezczelna pewność, z jaką brat to wypowiedział. Ani „czy możemy?”, ani „jak się czujesz?”, ani choćby zwykłe „nie przeszkadzamy?”. Suchy komunikat z trasy, jak meldunek o korku i pustym baku.
— Dzień dobry, Mateuszu Przybylski. Tobie również miłego poranka. Pytanie o zgodę wyszło już z mody?
— No i zaczyna się — westchnął. — Katarzyna Stępieńówna, nie rób od razu afery. Przecież jesteśmy swoi. Monika Chmielewskiówna obiecała dzieciom świeże powietrze, ja kupiłem mięso, posiedzimy jak ludzie. Tobie też będzie raźniej.
— Czyli ustaliliście już za mnie, co mnie uszczęśliwi?

— Nie nakręcaj się od rana. Od tego rozwodu zachowujesz się, jakbyś nosiła pancerz. Siedzisz na tej swojej działce jak dozorca. My cię po prostu wyciągamy do życia.
Spojrzała przez okno. Za szybą leżał jej niewielki kawałek świata w ogródkach „Rzecznik”: dwie grządki truskawek, szklarnia, stary stół pod jabłonią, mięta przy schodkach i wąż ogrodowy, jeszcze mokry po podlewaniu. Przez trzy lata składała to miejsce po kawałku, tak jak człowiek skleja samego siebie po porządnie wykonanej zdradzie. Mąż nie odszedł zwyczajnie do innej kobiety. Odszedł dziarsko, z miną kogoś, kto w dodatku uważa się za ofiarę okoliczności. Mieszkanie sprzedali, pieniądze podzielili, dzieci rozjechały się każde w swoją stronę. Katarzyna kupiła domek pod Lublinem i nauczyła się żyć bez cudzych kapci w przedpokoju oraz bez cudzych decyzji we własnym życiu.
Rodzina z jakiegoś powodu uznała jednak, że to jedynie przejściowy stan psychiczny.
— Dobrze — powiedziała w końcu. — Przyjeżdżajcie.
— No, i rozsądnie. Ty nastawisz czajnik, my przywieziemy dobry humor.
— Humor macie za darmo nawet bez przywożenia.
— To czekaj.
Rozłączyła się i położyła telefon ekranem do blatu, jakby to on zawinił. W kuchni pachniało koperkiem, wilgotną ziemią i wczorajszą konfiturą, którą przelewała do słoików. Cisza wciąż trzymała się domu niczym resztki godności po rodzinnej uroczystości, ale Katarzyna już wiedziała: za czterdzieści minut podwórko będzie przypominało plac przed dworcem.
I dokładnie tak się stało.
— Ciociu Katarzyno Stępieńówna! — jako pierwszy wpadł Piotr Pawłowski, nawet nie zamykając furtki. — Działa u ciebie Wi-Fi?
— Dzień dobry, dzieci — odparła Katarzyna. — Ja też za wami tęskniłam. Tak bardzo, że marzyłam właśnie o pytaniu o internet.
— Mamo, mówiłem, że u cioci jest lepszy zasięg niż u nas! — krzyknął Piotr Pawłowski już z werandy.
— Katarzyna Stępieńówna, nie marudź — Monika Chmielewskiówna wysiadła z tylnego siedzenia, poprawiając okulary przeciwsłoneczne na głowie. — Przywieźliśmy ci brzoskwinie. Były w promocji, ale całkiem porządne.
— Dziękuję, oczywiście. A zamykanie furtki po sobie nie było objęte promocją?
— Boże, jaka ty dzisiaj kolczasta. — Monika Chmielewskiówna rozejrzała się po ogrodzie. — Ojej, jakie piękne piwonie. Utnę sobie kilka gałązek do domu, dobrze? Wazon mam pusty.
— Nie, niedobrze. Posadziłam je dla siebie.
— Dla siebie i dla nas. Przecież nie jesteśmy obcy.
Mateusz Przybylski wyciągnął z bagażnika torbę z marynowanym mięsem oraz drugą, brzęczącą od piwa. Postawił obie na schodkach i natychmiast wyprostował ramiona z miną człowieka, który właśnie wniósł istotny wkład w rozwój cywilizacji.
— Gdzie masz grill? Wszystkim się zajmę.
Katarzyna popatrzyła na niego z tym szczególnym spokojem, pod którym gniew zaczynał już bulgotać.
— Tak jak ostatnio? Kiedy „wszystkim się zająłeś”, a ja rano wybierałam węgiel z rabaty?
— Oj, daj spokój. Raz się zdarzyło.
— Dwa razy.
— No dobrze, dwa. Nie musisz prowadzić protokołu.
— Ktoś musi. Inaczej uznacie, że od początku tak miało być.
Zuzanna Tomaszewskiówna, młodsza, zdążyła już wynosić z kuchni talerz czereśni.
— Ciociu Katarzyno Stępieńówna, mogę wziąć twój tablet? Masz tam fajne gry.
— Nie możesz.
— Czemu?
— Bo to mój tablet.
— Szkoda ci?
Monika Chmielewskiówna roześmiała się lekko.
— Słyszysz? Dziecko od razu trafia w sedno.
Katarzyna bez słowa odebrała talerz z czereśniami, postawiła go wyżej, na lodówce, po czym zwróciła się do brata:
— Mateuszu Przybylski, tym razem zostajecie do wieczora czy znowu „zobaczy się”?
— No, jak wyjdzie — odpowiedział za szybko. — Jeśli dzieci się zmęczą, przenocujemy. W mieście duchota, sama wiesz.
— Nie, nie wiem. Nie mieszkam w mieście. Przecież wszystkim tłumaczysz, że ja stąd w ogóle nosa nie wystawiam.
— Katarzyna Stępieńówna, znowu zaczynasz? Przyjechaliśmy odpocząć, a ty urządzasz przesłuchanie.
— Nie przesłuchanie. Po prostu lubię wiedzieć, co dzieje się w moim domu.
— W twoim domu dzieje się rodzina — uciął Mateusz Przybylski. — Nie kontrola skarbowa.
Po pół godzinie ta „rodzina” rozporządzała się już tak, jakby spłacała kredyt za każdy gwóźdź wbity w ścianę. Piotr Pawłowski klapał po pokojach w butach z podwórka, Zuzanna Tomaszewskiówna ciągnęła koc na trawę, a Monika Chmielewskiówna wyjmowała słoiki z lodówki z miną osoby przeprowadzającej inwentaryzację.
— Katarzyna Stępieńówna, a co to za ser? Drogi jakiś?
— Lidia Laskowskiówna przywiozła mi go z Wrocławia.
— To tym bardziej otworzymy. Jeszcze się zmarnuje. Takich rzeczy nie wolno trzymać pod kluczem.
— Monika Chmielewskiówna, zostaw.
— Zachowujesz się jak kustoszka w muzeum. Ciągle tylko: „nie dotykaj”, „nie bierz”, „nie chodź”. Naprawdę mogłabyś żyć trochę prościej.
— Żyję prosto. Bez waszych wizyt wręcz znakomicie.
Mateusz Przybylski udał, że tego nie dosłyszał. Krzątał się już przy grillu i wołał z podwórka:
— Katarzyna Stępieńówna, gdzie masz węgiel? I rozpałkę. I normalny nóż, bo ten jest tępy. I grubą sól. I jeszcze parę szpikulców.
— Z tego, co widzę, to nie jest dom, tylko punkt wydawania rzeczy.
— A po co jest rodzina? — odkrzyknął beztrosko. — Żeby sobie pomagać.
— Bardzo wygodna definicja — mruknęła Katarzyna. — U was ta pomoc dziwnie zawsze płynie w jedną stronę.
Monika Chmielewskiówna rozsiadła się na leżaku tak, jak siadają ludzie wolni od wyrzutów sumienia i jakichkolwiek obowiązków na dany dzień.
— Katarzyna Stępieńówna, ty naprawdę się zacięłaś. Samej jest ci ciężko, my to rozumiemy. Dlatego przyjeżdżamy. Żebyś całkiem nie zdziczała.
— Zdziczała? — Katarzyna postawiła na stole miskę z ogórkami. — Czyli według ciebie człowiek ma dwa wyjścia: albo znosi rodzinę na własnej głowie, albo zamienia się w dzikusa?
— Nie przekręcaj. Mówię o czymś innym. Po rozwodzie wszystko odbierasz jak atak. Kiedyś byłaś łagodniejsza.
— Kiedyś byłam wygodniejsza. To nie jest to samo.
Do stołu zasiedli głośno, przestawiając krzesła i przekrzykując się już od pierwszej chwili, a rozmowa natychmiast potoczyła się w dobrze znane, rodzinne koleiny.
